piątek, 16 listopada 2012

żulek

A właściwie Żurek Katarzyny, która jest jego mistrzynią. Jest jednak tak dobry, że nawet jeśli udaje się tylko w 3/4 (jak mnie) - i tak warto. Zupa, która uratowała niejeden dzień z ciężką głowa lub zimnym od mrozu tyłkiem. I w wersji wegańskiej o niebo lżejsza od tego co zazwyczaj kojarzy nam się z żurkiem.

Nabywamy drogą kupna, zbieractwa lub hodowli:
  • duża garść - czyli ok.20g suszonych grzybów (najlepiej oczywiście borowika szlachetnego, ale las w tym roku nie obrodził lub w markecie nie chcemy zrujnować kieszeni, wszystko poza pieczarką będzie akuratne)
  • ok. 2 litry wody
  • kilka zierenek czarnego pieprzu  
  • sól
  • kilka kulek ziela angielskiego
  • listek laurowy (choć niekonieczny)
  • kilka (5-8) średnich ziemniaków
  • 2 średnie cebule (mogą być czerwone)
  • 3-4 ząbki czosnku
  • butelka żurku (lub własnoręcznie zrobiony zakwas)
  • odrobina oliwy do smażenia
Odpalamy gaz i coś oprócz gazu - kto gotuje bez muzyki?!
Do zimnej wody na początek wrzucamy tylko grzyby i przyprawy. Zostawiamy ich samym sobie na około 2 godziny. Solimy - niewiele, zawsze można dosolić. Po ok. dwóch godzinach do grzybowego wywaru (grzyby po tym czasie powinny totalnie się wygotować i niemalże rozpaść) wrzucamy pokrojone w dość grubą kostkę pyry. Te - lepiej żeby się nie rozpadły. Gdy będą już prawie ugotowane, na patelni podsmażamy cebulę + czosnek, dodajemy do wywaru. Po chwili dolewamy żurek i gotujemy jeszcze ok. 20min, aby wszystkie smaki idealnie się ze sobą połączyły.

Jeszcze lepszy dnia następnego. I mógłby nigdy się nie kończyć! So oooutstanding!




wtorek, 13 listopada 2012

z dyńki w jabłko

Czyli JAM session part two. Tym razem bardziej warzywnie, my się dyni nie boimy.
Trochę za to nadal boimy się zimy i egipskich ciemności w ciągu dnia (bynajmniej nie o ciepło tu chodzi!).

Więc zamykamy się na chwilę w domu, a w słoikach zamykamy to, co lubimy. Ażeby nie było zbyt słodko jednak, bo nadmiar cukru czasem szkodzi, dyniówencję łączymy z jabłkiem (słodkim i soczystym) i cynamonem.

Proporcje są dowolne, zasada jest jedna: pokrojone w kostkę obie składowe, podczas duszenia i przyprawiania muszą Ci smakować, muszą urywać kubki smakowe i wywoływać błaganie o jeszcze.

Moja wersja to 3:1, w opcji dynia vs. jabłko. Cynamonu duuuuża szczypta. I jeszcze trochę brown suga.
Gotowanie zajmuje dłuższą chwilę, także brown suga także tutaj.



poniedziałek, 12 listopada 2012

zielone lentylki

Znowu będzie na zielono.

Ale przepis na tę zupę z soczewicy jest starszy od mej młodości i sięga daleeeeeko daleko wstecz - do początku mojego pierwszego wegetariańskiego okresu w życiu. Odkrywania smaków i prostego łączenia ich. Pierwszych bliskich spotkań z garami. To zamiłowanie akurat zostało w mej czornej krwi - i skutkuje poniższym. W ramach flashbacku - wczorajsza zupa z zielonej soczewicy.

Na cały calutki pełny gar lentylkowego ciepła potrzebujemy:
  • ok. 300g zielonej soczewicy
  • 2 duże cebule
  • curry
  • ok. litr przygotowanego wcześniej bulionu
  • ok. pół litra wody - na początek i do ewentualnej dolewki, jeśli zupa będzie zbyt gęsta
  • sól
Soczewicę zalewamy niewielką ilością wody, doprowadzamy do wrzenia. Po zagotowaniu powoli dolewamy bulion. Właściwie sama nie wiem skąd ta kolejność. Może podświadomie chciałam rozmiękczyć soczewicę na przyjęcie delikatnego tej delikatnej cieczy. W każdym razie dolewamy GO i gotujemy, mieszając od-czasu-do-czasu.
W między-czasie natomiast kroimy dwie cebule, w dość drobną kosteczkę. Wrzucamy na patelnię z oliwą, doprawiamy solą i curry - i smażymy, aż będzie w miarę miękka. W tym stanie dorzucamy ją do gara z naszą gotującą się już zupą. Doprawiamy solą, dosypujemy curry - jeśli lubimy na otro. I czekamy, próbując, aż nasze lentylki zmiękną, a całość nabierze spójnego charakteru.

Put it on the table! To nic, że już było!




niedziela, 11 listopada 2012

greenie babe

O tym jaki spokój daje zieleń - już było.

Że moje oczy zielonymi nie są też wiadomo.

Ale to nic nie znaczy. Nawet jeśli miałoby mieć znaczenie, to równie dobrze mogłoby go nie mieć.

Bo najlepsze rzeczy są proste jak zmiksowana puszka groszku, położona na chlebie i posypana curry.

Zjedzona w porannym słońcu.



groch z jasnego nieba

Groch suszony, łuskany, blado żółty, ciepły w barwie, ale twardy jak kamień. Rozmiękczenie go wymaga od nas sporo - czasu, chęci, cierpliwości.

Kilka godzin w zimnej wodzie powinno załatwić fazę przedwstępną.

Potem zmieniamy temperaturę i gotujemy żółciaka aż rozpadnie się totalnie. Bardzo uważnie pilnujemy, żeby się nie przypalił. I nie palił głupka. Następnie mieszamy go ze zmiksowaną, ugotowaną marchewką - sztuk 2. Zwykle gotuję w kolektywach garowych - więc ja podkradłam ją po prostu z sąsiedniego rosołu. Można byłoby ją również po prostu wrzucić do gotującego się już grochu - pokrojoną w kawałeczki.
Gdyby rosół był w niedzielę.

Podczas gotowania, groch tylko solimy, sól ziemi krwią - wystarczy. Po połączeniu z marchewą dodajemy jeszcze 3 ząbki czosnku (na 400g suchego grochu), świeżo mielony pieprz, mieszamy, mieszamy, mieszamy. Dolewamy oliwy (żeby po upieczeniu nie był zbyt suchy), mieszamy. Wykładamy do naczynia, w którym pasztecior wyląduje w piecu, posypujemy pesteczkami dyni i pieczemy przez ok 30-40min. w 200C.

Sweet like this melody!




ale burak!

Burak starszy od narodu. Burakiem ziemia wschodu stoi. Ale tym samym burakiem stoi także co niektóry naród.

Burak na talerzu dobra rzecz, choć sprowadzona często do buraka i schabowego (co połączeniem jest stojącym równie silnie w tradycji jak burak w narodzie). A taki on piękny i buraczkowy, taki jędrny gdy nie rozdrobniony. Taki słodki i smaczny, jeśli dopuścić go do głosu w pojedynkę.

Moja ulubiona wersja sprowadza się jak zwykle do maksymalnej prostoty, czyli:
  • kilku małych lub średnich buraków
  • piekarnika lub gara z wodą
  • octu balsamicznego
  • oliwy
  • miodu
  • czosnku
  • odrobiny wody
Ilości zależą tylko od nas, po co się ograniczać.

Buraka traktujemy następująco: obieramy gnojka ze skóry, kroimy na drobne kawałeczki, spryskujemy niewielką ilością oliwy i pakujemy do pieca na ok 1h. W międzyczasie podlewamy nieco wodą, aby nie spłonął ze wstydu za siebie. Temperatura 200C w zupełności wystarczy. Po upływie ok. pół godziny przykrywamy go nawet folią alu - żeby nie wysechł zanadto. Kiedy kosteczki będą już miękkie - a raczej względnie miękkie - po prostu dające się pogryźć i zjeść - wyjmujemy gnojki z pieca i zostawiamy do wystygnięcia.

Zamiast pieczenia można też buraka zwyczajnie ugotować - w całości, ze skórą, wyszorowanego wcześniej porządnie z piachu. Skórkę znacznie łatwiej obiera się po ugotowaniu i burak nasz nie traci swej buraczanej krwi do wody. Ważne - że buraki, jak i inne warzywa, które są korzeniami wrzucamy do zimnej, nie gorącej wody. Po ugotowaniu nie ominie buraka krojenie - całego nie sposób znieść i zjeść.

Pozostałe wymienione składniki łączymy w sos, ilości płynów (oprócz wody) są mniej więcej równe, miód i czosnek dodajemy wg uznania - aby sos był równie słodki co kwaśny i ostry. Uważamy z czosnkiem, nie z braku szacunku, ale z wielkiego szacunu właśnie. Żeby nam buraka nie stłamsił.

Polewamy naszego warzywnego lokalsa sosem i czekamy chwilę, aż smaki wymieszają się ze sobą. Albo nie czekamy. Różnica nie jest wielka, a ćwiczyć cierpliwość można w inny sposób.

Ain't that particular?








niedziela, 4 listopada 2012

zasiali górale owies

Zasiali, hej! I ugotowali. Zebrali też jabłka z sadu i upiekli je z cynamonem i rodzynkami zajadając się ciepłymi dnia poprzedniego. Chłodne zjedli następnego dnia na śniadanie - z tym samym owsem, co go zasiali. Ale to było dobre. I żadnego znaczenia nie ma jak wyglądało - choć moim zdaniem, jak na jesień i te zgniłe liście wokół prezentuje się przednio.

Celem UPIECZENIA słodyczy dowolną ilość owoców:
  • myjemy
  • kroimy w poprzek na pół (czyli poziomo)
  • wydrążamy gniazda nasienne z góry i z dołu
  • w dołeczek wsypujemy rodzynki
  • posypujemy cynamonem
  • składamy połóweczki (czyli na dolną część nakładamy górną, z ogonkiem)
  • pieczemy nie dłużej niż 30min. w piekarniku o temperaturze ok. 200C - choć moim zdaniem może być mniej gorący
  • jemy jak górale dnia pierwszego
A potem górale meet big apple i niektórych z Big Big Apple. Pick up yo breakfast.


czwartek, 1 listopada 2012

śliwkowe JAM session z chilli

Środek sezonu na śliwki niespodziewanie przemknął mi koło nosa. A może po prostu było zbyt ciepło na myślenie o zimie. Może także byłam na to zbyt młoda jeszcze miesiąc temu?
Ale skoro śliwki jednak znalazły się jeszcze gdzieś na straganie, znaczy, że nie jest za późno.

Efekty pierwszych własnoręcznych przetworów na zimę wprawiły moje kubki smakowe w osłupienie. Nie tylko pod wpływem ilości chilli, jakie do nich dodałam, choć ten pikantny szczegół nie był bez znaczenia...

Kilogram bardzo dojrzałych węgierskich (?) śliwek na początku należy pozbawić twardego wnętrza - zostawiamy samą słodycz. Pestki - a komu to potrzebne?! Owoce kroimy na pół. Nie słodzimy dodatkowo, nie ma potrzeby. Tu swoją rolę spełnia doskonale niezły ancymon, czyli Pan CYNAMON. Słodzi aż śliwkowy lukier sam zaczyna się sączyć! Dlatego trochę go stopujemy, czyli doprawiamy chilli w proszku - dla równowagi. Przywołujemy przy tym na chwilę rozsądek, żeby efekt nie był zbyt piorunujący, a dżemix zjadliwy.

Śliwki w takim stanie i akompaniamencie smażymy dopóki lekko się nie rozpadną - ale skórka będzie jeszcze przywierała do połówek. Nie rozwalamy ich całkowicie, bezkształtność nie jest plusem w tych czasach, a już tym bardziej na yo talerzu. Czas przygotowania to ok 1h. Warto.

Gotowy przetwór pakujemy do małych słoiczków - z kilograma wyszły mi 4 malutkie, więc ilość śliwek można dostosować do indywidualnych oczekiwań. Po napełnieniu gotujemy słoiczki przez kilkanaście minut w garnku z wodą - wyjmujemy i stawiamy na głowie, tj. na wieczku, odwrotnie.

Pakujemy do szafek albo niecierpliwością niesieni zjadamy już następnego dnia na śniadanie :)

yo yo yo



o mój rozmarynie, cho na kotlety..!

Kotletów na talerzu nie było od wieków, a dobry kotlet nie jest zły. Byle nie sojowy twardziel.

Na dobry początek listopada serwujemy kotleciki pieczarkowo - owsiane z rozmarynem.
Cieknie ślina i opada szczęka. Satysfakcja gwarantowana, Państwo są zadowoleni.

Kluczem do sukcesu jest:
  • wolne pół godziny
  • szlanka płatków owsianych (najlepiej nie błyskawicznych, bardziej się kleją)
  • ok. 10 pieczarek
  • 1 mała cebula
  • gałązka świeżego rozmarynu, posiekana 
  • sól i świeżo mielony pieprz
Owsiankę gotujemy na kleik - w niezbyt dużej ilości wody (w moim wydaniu proporcje oscylują wokół 1:1). Zabieramy z ognia - niech wystygnie.

Pieczarki płuczemy, co by piasek w zębach nie zgrzytał zbyt mocno. Ścieramy na tarce o grubych oczkach. Cebulencję kroimy w drobniutką kosteczkę, staramy się nie płakać, więc kroimy raczej szybko. Taki miksik wrzucamy na rozgrzany olej/oliwę i po doprawieniu solą i pieprzem smażymy tak długo, aż cała woda wyparuje. Pod koniec dodajemy posiekany rozmaryn. Rozpływamy się w zapachu.

Na finiszu część warzywną czule mieszamy z częścią owsianą. Powoli i dokładnie, wszystkie składniki powinny wzajemnie się uzupełniać i przenikać. Dopiero po długim mieszaniu formujemy małe (lub trochę większe) kotleciki. W przypadku małych, oprócz wymiarów, małe jest również ryzyko rozpadu podczas smażenia. Tu potrzebna jest delikatność - nie targamy kotletów niepotrzebnie po patelni, przysmażają się dość szybko, więc wystarczy jedno przełożenie - et voila!

Wanna throw my hands up in the sky!


sobota, 27 października 2012

krupnik Panie, łyżka staje!

Wersja z pęczakiem, dopieszczona tymiankiem. Z duuuużą ilością marchewki, żeby poziom słodyczy był dostatecznie wysoki. Cukru, dużo dobrego cukru nam trzeba. Dobrej karmy, wbrew obiegowej opinii, że z pęczakiem to na ryby.

Bierzemy się do roboty z pękiem włoszczyzny, myjemy, obieramy i podgryzamy:
  • marchewkę (6 niedużych sztuczek)
  • pietruszkę (sztuk 2)
  • selera (raczej małym)
  • pora
  • jedną cebulę
  • 3 ząbki czosnku
  • listek laurowy
  • 5 kulek ziela angielskiego
  • 3 pyrki
  • szklankę kaszy
  • i tymianek
Wszystkie warzywa kroimy w talarki, a tych, których w talarki nie da się - bo wyszłyby raczej talary - w małe kawałeczki, aby móc zjeść je potem na łyżce. Cebulę zalewamy z nimi w całości, aby po ugotowaniu pozbyć się jej zwłok również w całości, jednym ruchem. Dziś nie jest królową, ale pewnie jeszcze nie raz nią zostanie.

Tak więc najpierw gotujemy klasyczny bulion. Gdy już będzie prawie gotów, czyli warzywka się rozmiękczą - dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki i kaszę (przepłukaną wcześniej wodą). Doprawiamy ostatecznie, dodajemy tymianek. I znowu czekamy. Nie na fajerwerki, tylko na kaszę. I stawiamy łyżkę!



Boska Italio!

Boska Italio, dziękujemy Ci za słońce, którego promieniami suszyłaś te pomidory.
Pożremy je teraz z makaronem, którego jesteś matką i ojcem.
Dołożymy rukolę, żeby żywot nasz kolorowym stał się choć na moment.
W tej zawiei i zamieci dzisiejszej zimowej.
By wspomnienie sprzed dni kilku, gdy na słońce to samo mordeczkę swą wystawialiśmy, nie bacząc na to co będzie, dało trochę ognia. Do ognia dolejemy jeszcze tylko trochę oliwy. Z tych gajów wiecznie zielonych.

Żeby nie było, że winter takes it all. 


paszteciki loooooove

Z farszem cukiniowo - pomidorowo - pieczarkowym, który w moim odczuciu smakowym bardzo przypomina kapustę. Więc mniej wytrwałym polecam tę właśnie wersję :)

Przygotowanie skupia się właściwie tylko na farszu, który równie dobrze spełnia się jako farsz do tarty lub udawanej tarty na cieście francuskim. Znika w kilka minut, dlatego naprawdę polecam podwojenie ilości składników i działanie na dwa fronty. 

Przechodząc do rzeczy, czyli do serca ciacha, na jeden rulon gotowego francuskiego (kochamy Biedronkę za wersję vegan) potrzebujemy (orientacyjnie):
  • 1 średnią cukinię
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 4-5 pieczarek
  • chlust płynnego koncentratu lub soku pomidorowego
  • sól, świeżo mielony pieprz
Działamy tak: nie obierając cukinii ze skórki, a jedynie odcinając niejadalne końce (a właściwie kto powiedział, że niejadalne?!) ścieramy ją na tarce o grubych oczkach. Pieczary płuczemy z piachu, bo piach tolerujemy tylko w porze letniej w wersji: piasek w gaciach na plaży. Przerabiamy z całych na plastereczki.

Wszycho wrzucamy na patelnię, na której na rozgrzanej oliwie już czeka czosnek. Podsmażamy, przesmażamy, doprawiamy pomidorami, pieprzem i solą. Cierpliwie czekamy, aż wszystkie płyny odparują i powstanie nadający się do farszerowania farszowy farsz.

Rulon ciacha rozwijamy i kroimy w kwadraty o boku ok. 10cm. Lub inne figury geometryczne, obyśmy nie potrzebowali ekierki i cyrkla. Na środku każdej figury nakładamy trochę serducha, po czym zawijamy w kształt finalny (tu w zasadzie również tylko wyobraźnia jest limitem) oraz boczki sklejamy widelcem. Górę można ponacinać, paski, kropki lub serduszka. Wszystkie sztuki, a wyjdzie ich kilkanaście, układamy na blaszce z piekarnika, wyłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 200C i pieczemy delikwentki, aż będzie można o nich powiedzieć złociutkie, około pół godziny.

Pakujemy do plecaczka i wychodzimy na spacer!


niedziela, 21 października 2012

pyry na popis

To był naprawdę bardzo udany weekend! Pełny dobrego - nie tylko jedzenia. Dobrych myśli, dobrych ludzi i dobrych zdarzeń. Dobrego, które zmienia się w uśmiech na twarzy, kiedy przykładasz głowę do poduszki i nie możesz doczekać się następnego dnia. Ekscytacji, która czasami nie pozwala zasnąć.

Powróciwszy jednak do garów, bo o nich rzecz - na pierwszy ogień to, co najważniejsze. Pyry w klasycznej popisówie, jakkolwiek daleko mi do polityki, więc nakłaniam do odrzucenia wszelkich skojarzeń. Pyry zamiast Prozacu.

Pyry ugotowane w całości, czyli w mundurkach. Odstawione na chwilę na bok, bynajmniej nie pójdą w odstawkę na długo. Kiedy już ochłoną z całej tej gorączki kroimy je elegancko w kostkę w miarę równą, wszak mundur. Wielkość niby nie ma znaczenia, ale jednak optymalna wersja to ok 3cm w każdą stronę.

Pyrki te, tę kosteczkę cudną, wrzucamy do michy na wyściółkę z rukoli, która onieśmiela swą powierzchowną delikatnością przy tym jakże wyrazistym charakterze... przy bliższym poznaniu. 

I już witamy się z gąską, jeszcze tylko SOS. Sos jest słodki, życie powinno być słodkie. Słodko kwaśny jest właściwie. Przy czym balans pomiędzy słodyczą i kwasem zależy głównie od nas: mieszamy miód, oliwę i ocet winny czerwony. Moje proporcje to 1:2:1. Plus trochę wody, dla odciążenia. Mieszamy i wcinamy.

Nie ma limitu.




niezły pasztet!

Gary Mów Out, czyli wyraź się w garach - odcinek 3476.

W rolach głównych:
  • soczewica zielona (duża szklanka)
  • soczewica czerwona (także duża szklanka)
  • dwie czerwone cebule
  • cztery pomarańczowe marchewki
  • curry, niepoliczalne
Fabuła prosta jak w telenoweli, czyli braziliana, odpalaj szampana! Dużo miłości.

Lucesita tnie marchewę na małe kółeczka. Gotuje z nią soczewicę, oba rodzaje razem, w jednym garze. Dosypuje trochę soli (ok. łyżeczkę) oraz dużo (lub bardzo dużo) curry.

Zamroczona - pozwala im się totalnie rozwalić, rozgotować, rozpaść na części, ale nie zniknąć! I już tym bardziej nie spalić. Gdy moment ten już nadejdzie, na patelni obok podsmaża dwie pokrojone w drobną kosteczkę cebule, posolone, z curry. Elegancko miesza je potem z przygotowaną, rozgotowaną soczewicową masą. Kilkoma ruchami blenderem nieco ją jeszcze gładzi, ale naprawdę niezbyt bardzo. Raczej tak, aby nie uszkodzić marcheweczek.

I zapieka przez ok pół godziny, aż całość delikatnie się przypiecze. Kontroluje - kiedy spiecze się za mocno, środek może być zbyt suchy. A tego, umówmy się, nie chcemy. Happy end ma być przecież.

Lucesita jest zadowolona. Państwo też będą zadowoleni!









poniedziałek, 15 października 2012

peace in green peas

Kiedy mam nieodpartą ochotę na jajecznicę... natychmiast przypominam sobie, że nawet gdy ją jadałam, głównym składnikiem zawsze było coś innego. Na przykład groszek. Obowiązkowo cebula. Czasami kukurydza. I curry.

Dlatego też, kiedy wczoraj naszła mnie ochota na niedzielne śniadanie, spokój spłynął w zielonym groszku z cebulą i curry wlaśnie. Proporcje dobieramy wedle miłości do składników. Rozkochani w cebuli pewnie zrobią celulecznicę z dodatkiem groszku. Dla mnie jedna cebula na jedną puszkę zielonego jest idealna.

Głód zaspokojony!



piątek, 12 października 2012

od fasoli głowa nie boli

Czasami boli brzuch. Ale jest tak pyszna, że przecież nie sposób się oprzeć.

W słodkiej wersji z marchewką smakuje cudnie i sielsko. A przygotowanie wymaga jedynie cierpliwości, ni to dużo, ni mało.
Kilkugodzinne moczenie 2 szklanek dużej białej fasoli, a potem dość długie gotowanie (do którego w trakcie wrzucamy 2 duże marchewy, nie rozdrabniając się na 2 garnki) rekompensuje mistrzowski efekt. Gotujemy więc, miksujemy i tylko lekko solimy - po czym pieczemy ok 1h w piekarniku nagrzanym do 200C. Ot co. Jak 2 razy 2. Lub na 2.


zielono mi

Bo jesienne przesilenie płata figle i wcale się nie kończy. Bo zielonych liści na drzewach już nie ma, a zieleń w życiu - ważna rzecz. Na zieleni brak - zielona zupa, bo na zupy akurat sezon w pełni. Słońce za oknem w gratisie!

Proszę Państwa, przed Państwem arcydelikatny krem z cukinii!

Sprawdzamy czy mamy:
  • 2 średnie lub lepiej 3 małe cukinie (małe lepsze)
  • 4 duże zęby czosnku, właściwie górna granica ilości nie istnieje (w myśl słusznej idei: życie bez czosnku nie ma sensu)
  • 2 duże cebule, pokrojone niedbale
  • 3 szklanki wody
  • sól, świeżo mielony pieprz
  • kuksus razowy - ilość wedle uznania, dodajemy go potem do zupy
  • blender, maczeta, maczuga lub mikser PREDOM - do jej skremowania
Gotujemy szybciej niż natychmiast: na patelni podsmażamy wielbiony pod niebiosa czosnek. Po naprawdę krótkiej chwili dodajemy do niego pokrojone cebule i dusimy, mieszamy, solimy, pieprzymy.
Kiedy duet zmięknie - dodajemy pokrojoną w niezbyt małe i niezbyt równe półksiężyce cukinię. Zostawiamy ich w tym tańcu. Dodając nieco soli i pieprzu, ponownie rozmiękczamy towarzystwo.
Gdy zmiękną zupełnie - dolewamy wody i używamy wybranego do skremowania narzędzia.

Pod koniec gotowania zalewamy ukropem kuskus razowy - w miseczce, w proporcji 1:1. Czekamy chwilunię, skurczybyk jest szybki jak błyskawica. Łączymy w pary, dekorujemy, jemy.
 
I słuchamy tych, którym spokojnie.







wtorek, 2 października 2012

dyniówka na wieki wieków

... i na sposobów miliony. Między setnym a tysięcznym egzotycznym jej obliczem, pojawiła się nagle, prawie naga. Solą i pieprzem delikatnie otulona, rozmiękczona gorączką wtorkowej nocy... a właściwie, całkiem przyziemnie, 40 minutami w piecu. Pokrojona w kawałki idealne do nabicia na widelec i jawnego wyjadania jeszcze z piekarnika. Pure love Państwo Szanowni! Nie ma na co czekać!


biała dama z czarnym pieprzem

...czyli krem z białych warzyw, nieźle popieprzony. Biały jak zima, która łapie nas już za serce. I za ręce.

Ale jako że zamiast próbowania, lepiej działać, tryin' zmieniłam na doin', one step - wyszło pysznie.

Na niecały litr tego dobrego białego szaleństwa potrzebujemy:

- 2 spore pietruszki
- 1 marchewkę
- 1 korzeń selera
- 3 - 4 ziemniaki
- 1 pora 
- ziele angielskie
- liść laurowy
- pieprz ziarnisty
- sól
- pierz świeżo mielony
- natkę pietruszki

I właściwie nie ma rozczulania - kroimy w ładne, ale niekształtne kawałki, zalewamy wodą, nie zalewając się przy tym przy środzie. Gotujemy, miksujemy na delikatny kremik, pieprzymy.

I jemy, ale jedząc już nie pieprzymy.

Marzymy za to przy tym o górach i desce. A zima nadejdzie.
 



poniedziałek, 1 października 2012

love & peace w trzech kolorach


Kolory właściwie są cztery. Oprócz curry, fasolovej czerni i czerwieni pomidorów, wtargnęła jeszcze soczysta zieleń natki atakując zasobami witaminy C.

Kto by się przejmował jesienią z takim składem na talerzu. I z takim składem w głośnikach!

Do gotowania zabieramy się powoli, CZORNE złoto, czyli czorna fasolka wymaga cierpliwości i uprzedniego namoczenia, najlepiej zostawić ją na noc i ugotować dnia następnego. Potrwa to około godziny, oczywiście orientacyjnie, za dużo przyjemności by patrzeć na zegarek :) Po ugotowaniu podsmażamy ją na zarumienionej wcześniej cebuli (sztuk 2-3) pokrojonej w półtalarki. I - uwaga - dodajemy gotowca, w postaci pasty Korma Paste z Marks&Spencer. Po raz kolejny nie taki słoik straszny, jak go malują. Na ok. 200g suchej fasolki dodałam 2-3 łyżki - pasta jest dość pikantna i wyrazista w smaku, dlatego radzę nie przesadzić z ilością. Faza fasolki kończy się na tym etapie.

Pyry - częsty akompaniament obiadowy, gotujemy klasycznie, czyli na ziemniaka z wody. Następnie robimy jeden z ulubionych tuningów, czyli patelnia z rozpuszczonymi na oliwie: rozmarynem, curry i ostrą papryką, a na niej przez ok. 10 minut pyry rzeczone. Ilość - dowolna, z mojej perspektywy - im więcej, tym lepiej!

Z pomidorem nie szalejemy, jego zadaniem jest odświeżanie i uspokajajanie mocy pozostałych aromatów na talerzu. Et voila!