sobota, 27 października 2012

krupnik Panie, łyżka staje!

Wersja z pęczakiem, dopieszczona tymiankiem. Z duuuużą ilością marchewki, żeby poziom słodyczy był dostatecznie wysoki. Cukru, dużo dobrego cukru nam trzeba. Dobrej karmy, wbrew obiegowej opinii, że z pęczakiem to na ryby.

Bierzemy się do roboty z pękiem włoszczyzny, myjemy, obieramy i podgryzamy:
  • marchewkę (6 niedużych sztuczek)
  • pietruszkę (sztuk 2)
  • selera (raczej małym)
  • pora
  • jedną cebulę
  • 3 ząbki czosnku
  • listek laurowy
  • 5 kulek ziela angielskiego
  • 3 pyrki
  • szklankę kaszy
  • i tymianek
Wszystkie warzywa kroimy w talarki, a tych, których w talarki nie da się - bo wyszłyby raczej talary - w małe kawałeczki, aby móc zjeść je potem na łyżce. Cebulę zalewamy z nimi w całości, aby po ugotowaniu pozbyć się jej zwłok również w całości, jednym ruchem. Dziś nie jest królową, ale pewnie jeszcze nie raz nią zostanie.

Tak więc najpierw gotujemy klasyczny bulion. Gdy już będzie prawie gotów, czyli warzywka się rozmiękczą - dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki i kaszę (przepłukaną wcześniej wodą). Doprawiamy ostatecznie, dodajemy tymianek. I znowu czekamy. Nie na fajerwerki, tylko na kaszę. I stawiamy łyżkę!



Boska Italio!

Boska Italio, dziękujemy Ci za słońce, którego promieniami suszyłaś te pomidory.
Pożremy je teraz z makaronem, którego jesteś matką i ojcem.
Dołożymy rukolę, żeby żywot nasz kolorowym stał się choć na moment.
W tej zawiei i zamieci dzisiejszej zimowej.
By wspomnienie sprzed dni kilku, gdy na słońce to samo mordeczkę swą wystawialiśmy, nie bacząc na to co będzie, dało trochę ognia. Do ognia dolejemy jeszcze tylko trochę oliwy. Z tych gajów wiecznie zielonych.

Żeby nie było, że winter takes it all. 


paszteciki loooooove

Z farszem cukiniowo - pomidorowo - pieczarkowym, który w moim odczuciu smakowym bardzo przypomina kapustę. Więc mniej wytrwałym polecam tę właśnie wersję :)

Przygotowanie skupia się właściwie tylko na farszu, który równie dobrze spełnia się jako farsz do tarty lub udawanej tarty na cieście francuskim. Znika w kilka minut, dlatego naprawdę polecam podwojenie ilości składników i działanie na dwa fronty. 

Przechodząc do rzeczy, czyli do serca ciacha, na jeden rulon gotowego francuskiego (kochamy Biedronkę za wersję vegan) potrzebujemy (orientacyjnie):
  • 1 średnią cukinię
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 4-5 pieczarek
  • chlust płynnego koncentratu lub soku pomidorowego
  • sól, świeżo mielony pieprz
Działamy tak: nie obierając cukinii ze skórki, a jedynie odcinając niejadalne końce (a właściwie kto powiedział, że niejadalne?!) ścieramy ją na tarce o grubych oczkach. Pieczary płuczemy z piachu, bo piach tolerujemy tylko w porze letniej w wersji: piasek w gaciach na plaży. Przerabiamy z całych na plastereczki.

Wszycho wrzucamy na patelnię, na której na rozgrzanej oliwie już czeka czosnek. Podsmażamy, przesmażamy, doprawiamy pomidorami, pieprzem i solą. Cierpliwie czekamy, aż wszystkie płyny odparują i powstanie nadający się do farszerowania farszowy farsz.

Rulon ciacha rozwijamy i kroimy w kwadraty o boku ok. 10cm. Lub inne figury geometryczne, obyśmy nie potrzebowali ekierki i cyrkla. Na środku każdej figury nakładamy trochę serducha, po czym zawijamy w kształt finalny (tu w zasadzie również tylko wyobraźnia jest limitem) oraz boczki sklejamy widelcem. Górę można ponacinać, paski, kropki lub serduszka. Wszystkie sztuki, a wyjdzie ich kilkanaście, układamy na blaszce z piekarnika, wyłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 200C i pieczemy delikwentki, aż będzie można o nich powiedzieć złociutkie, około pół godziny.

Pakujemy do plecaczka i wychodzimy na spacer!


niedziela, 21 października 2012

pyry na popis

To był naprawdę bardzo udany weekend! Pełny dobrego - nie tylko jedzenia. Dobrych myśli, dobrych ludzi i dobrych zdarzeń. Dobrego, które zmienia się w uśmiech na twarzy, kiedy przykładasz głowę do poduszki i nie możesz doczekać się następnego dnia. Ekscytacji, która czasami nie pozwala zasnąć.

Powróciwszy jednak do garów, bo o nich rzecz - na pierwszy ogień to, co najważniejsze. Pyry w klasycznej popisówie, jakkolwiek daleko mi do polityki, więc nakłaniam do odrzucenia wszelkich skojarzeń. Pyry zamiast Prozacu.

Pyry ugotowane w całości, czyli w mundurkach. Odstawione na chwilę na bok, bynajmniej nie pójdą w odstawkę na długo. Kiedy już ochłoną z całej tej gorączki kroimy je elegancko w kostkę w miarę równą, wszak mundur. Wielkość niby nie ma znaczenia, ale jednak optymalna wersja to ok 3cm w każdą stronę.

Pyrki te, tę kosteczkę cudną, wrzucamy do michy na wyściółkę z rukoli, która onieśmiela swą powierzchowną delikatnością przy tym jakże wyrazistym charakterze... przy bliższym poznaniu. 

I już witamy się z gąską, jeszcze tylko SOS. Sos jest słodki, życie powinno być słodkie. Słodko kwaśny jest właściwie. Przy czym balans pomiędzy słodyczą i kwasem zależy głównie od nas: mieszamy miód, oliwę i ocet winny czerwony. Moje proporcje to 1:2:1. Plus trochę wody, dla odciążenia. Mieszamy i wcinamy.

Nie ma limitu.




niezły pasztet!

Gary Mów Out, czyli wyraź się w garach - odcinek 3476.

W rolach głównych:
  • soczewica zielona (duża szklanka)
  • soczewica czerwona (także duża szklanka)
  • dwie czerwone cebule
  • cztery pomarańczowe marchewki
  • curry, niepoliczalne
Fabuła prosta jak w telenoweli, czyli braziliana, odpalaj szampana! Dużo miłości.

Lucesita tnie marchewę na małe kółeczka. Gotuje z nią soczewicę, oba rodzaje razem, w jednym garze. Dosypuje trochę soli (ok. łyżeczkę) oraz dużo (lub bardzo dużo) curry.

Zamroczona - pozwala im się totalnie rozwalić, rozgotować, rozpaść na części, ale nie zniknąć! I już tym bardziej nie spalić. Gdy moment ten już nadejdzie, na patelni obok podsmaża dwie pokrojone w drobną kosteczkę cebule, posolone, z curry. Elegancko miesza je potem z przygotowaną, rozgotowaną soczewicową masą. Kilkoma ruchami blenderem nieco ją jeszcze gładzi, ale naprawdę niezbyt bardzo. Raczej tak, aby nie uszkodzić marcheweczek.

I zapieka przez ok pół godziny, aż całość delikatnie się przypiecze. Kontroluje - kiedy spiecze się za mocno, środek może być zbyt suchy. A tego, umówmy się, nie chcemy. Happy end ma być przecież.

Lucesita jest zadowolona. Państwo też będą zadowoleni!









poniedziałek, 15 października 2012

peace in green peas

Kiedy mam nieodpartą ochotę na jajecznicę... natychmiast przypominam sobie, że nawet gdy ją jadałam, głównym składnikiem zawsze było coś innego. Na przykład groszek. Obowiązkowo cebula. Czasami kukurydza. I curry.

Dlatego też, kiedy wczoraj naszła mnie ochota na niedzielne śniadanie, spokój spłynął w zielonym groszku z cebulą i curry wlaśnie. Proporcje dobieramy wedle miłości do składników. Rozkochani w cebuli pewnie zrobią celulecznicę z dodatkiem groszku. Dla mnie jedna cebula na jedną puszkę zielonego jest idealna.

Głód zaspokojony!



piątek, 12 października 2012

od fasoli głowa nie boli

Czasami boli brzuch. Ale jest tak pyszna, że przecież nie sposób się oprzeć.

W słodkiej wersji z marchewką smakuje cudnie i sielsko. A przygotowanie wymaga jedynie cierpliwości, ni to dużo, ni mało.
Kilkugodzinne moczenie 2 szklanek dużej białej fasoli, a potem dość długie gotowanie (do którego w trakcie wrzucamy 2 duże marchewy, nie rozdrabniając się na 2 garnki) rekompensuje mistrzowski efekt. Gotujemy więc, miksujemy i tylko lekko solimy - po czym pieczemy ok 1h w piekarniku nagrzanym do 200C. Ot co. Jak 2 razy 2. Lub na 2.


zielono mi

Bo jesienne przesilenie płata figle i wcale się nie kończy. Bo zielonych liści na drzewach już nie ma, a zieleń w życiu - ważna rzecz. Na zieleni brak - zielona zupa, bo na zupy akurat sezon w pełni. Słońce za oknem w gratisie!

Proszę Państwa, przed Państwem arcydelikatny krem z cukinii!

Sprawdzamy czy mamy:
  • 2 średnie lub lepiej 3 małe cukinie (małe lepsze)
  • 4 duże zęby czosnku, właściwie górna granica ilości nie istnieje (w myśl słusznej idei: życie bez czosnku nie ma sensu)
  • 2 duże cebule, pokrojone niedbale
  • 3 szklanki wody
  • sól, świeżo mielony pieprz
  • kuksus razowy - ilość wedle uznania, dodajemy go potem do zupy
  • blender, maczeta, maczuga lub mikser PREDOM - do jej skremowania
Gotujemy szybciej niż natychmiast: na patelni podsmażamy wielbiony pod niebiosa czosnek. Po naprawdę krótkiej chwili dodajemy do niego pokrojone cebule i dusimy, mieszamy, solimy, pieprzymy.
Kiedy duet zmięknie - dodajemy pokrojoną w niezbyt małe i niezbyt równe półksiężyce cukinię. Zostawiamy ich w tym tańcu. Dodając nieco soli i pieprzu, ponownie rozmiękczamy towarzystwo.
Gdy zmiękną zupełnie - dolewamy wody i używamy wybranego do skremowania narzędzia.

Pod koniec gotowania zalewamy ukropem kuskus razowy - w miseczce, w proporcji 1:1. Czekamy chwilunię, skurczybyk jest szybki jak błyskawica. Łączymy w pary, dekorujemy, jemy.
 
I słuchamy tych, którym spokojnie.







wtorek, 2 października 2012

dyniówka na wieki wieków

... i na sposobów miliony. Między setnym a tysięcznym egzotycznym jej obliczem, pojawiła się nagle, prawie naga. Solą i pieprzem delikatnie otulona, rozmiękczona gorączką wtorkowej nocy... a właściwie, całkiem przyziemnie, 40 minutami w piecu. Pokrojona w kawałki idealne do nabicia na widelec i jawnego wyjadania jeszcze z piekarnika. Pure love Państwo Szanowni! Nie ma na co czekać!


biała dama z czarnym pieprzem

...czyli krem z białych warzyw, nieźle popieprzony. Biały jak zima, która łapie nas już za serce. I za ręce.

Ale jako że zamiast próbowania, lepiej działać, tryin' zmieniłam na doin', one step - wyszło pysznie.

Na niecały litr tego dobrego białego szaleństwa potrzebujemy:

- 2 spore pietruszki
- 1 marchewkę
- 1 korzeń selera
- 3 - 4 ziemniaki
- 1 pora 
- ziele angielskie
- liść laurowy
- pieprz ziarnisty
- sól
- pierz świeżo mielony
- natkę pietruszki

I właściwie nie ma rozczulania - kroimy w ładne, ale niekształtne kawałki, zalewamy wodą, nie zalewając się przy tym przy środzie. Gotujemy, miksujemy na delikatny kremik, pieprzymy.

I jemy, ale jedząc już nie pieprzymy.

Marzymy za to przy tym o górach i desce. A zima nadejdzie.
 



poniedziałek, 1 października 2012

love & peace w trzech kolorach


Kolory właściwie są cztery. Oprócz curry, fasolovej czerni i czerwieni pomidorów, wtargnęła jeszcze soczysta zieleń natki atakując zasobami witaminy C.

Kto by się przejmował jesienią z takim składem na talerzu. I z takim składem w głośnikach!

Do gotowania zabieramy się powoli, CZORNE złoto, czyli czorna fasolka wymaga cierpliwości i uprzedniego namoczenia, najlepiej zostawić ją na noc i ugotować dnia następnego. Potrwa to około godziny, oczywiście orientacyjnie, za dużo przyjemności by patrzeć na zegarek :) Po ugotowaniu podsmażamy ją na zarumienionej wcześniej cebuli (sztuk 2-3) pokrojonej w półtalarki. I - uwaga - dodajemy gotowca, w postaci pasty Korma Paste z Marks&Spencer. Po raz kolejny nie taki słoik straszny, jak go malują. Na ok. 200g suchej fasolki dodałam 2-3 łyżki - pasta jest dość pikantna i wyrazista w smaku, dlatego radzę nie przesadzić z ilością. Faza fasolki kończy się na tym etapie.

Pyry - częsty akompaniament obiadowy, gotujemy klasycznie, czyli na ziemniaka z wody. Następnie robimy jeden z ulubionych tuningów, czyli patelnia z rozpuszczonymi na oliwie: rozmarynem, curry i ostrą papryką, a na niej przez ok. 10 minut pyry rzeczone. Ilość - dowolna, z mojej perspektywy - im więcej, tym lepiej!

Z pomidorem nie szalejemy, jego zadaniem jest odświeżanie i uspokajajanie mocy pozostałych aromatów na talerzu. Et voila!



niedziela, 23 września 2012

celbulova supa-fly

Weekend w garach weekendem niezastąpionym - ciągiem dalszym uniesień w parze i warzywach jest nowa wariacja cebulowej. Cebulowa z wiśnióweczką i tymiankiem - rządzi.

Wykonanie proste jak warzywo: kroimy w półtalarki, staramy się nie przegiąć z ich grubością. Ilość cebul w tym konkretnym wypadku to sztuki cztery. Dodatkowo siekamy 2 ząbki czosnku, wzmacniamy efekt leczniczy i grzewczy.

Taką ekipę wrzucamy na gorrrrącą oliwę, smażymy na dużym ogniu, wręcz na granicy przypalenia, jeszcze nie solimy. Po konkretnym zarumienieniu towarzystwa dodajemy szczyptę soli, mieszamy chwilę, dosypujemy dużo, dużo tymianku (nawet pół opakowania suszonego) i dolewamy ok. 50-100ml wiśniówki.

Czekamy aż alkohol lekko odparuje, przesmażamy cebulę ponownie, nieznacznie zmniejszając ogień. Przekładamy do garnka, zalewamy bulionem (ok. pół litra) i na mini mini ogniu gotujemy przez jakieś 15 minut.

Doprawiamy świeżo zmielonym pierzem, ewentualnie dosalamy w trakcie. Et voila!

Pozostaje sama przyjemność, nawet jeśli summertime is NOT here anymore.

zimowa dyniowa, imbirowo - pomarańczowa


Choć pierwszy oficjalny dzień jesieni ledwie zamknął za sobą drzwi, do zimy bliżej niż dalej.

W poszukiwaniu rozgrzewaczy znalazłam gdzieś pomysł na połączenie dyni z imbirem i po małym tuningu wyszło ciepło, trochę egzotycznie, trochę słodko, ale z wytrawną nutą, dopełnieniem niech będzie cudna rozgrzewająca melodia...

Czynimy co następuje: miksujemy imbir do postaci, jaką można uzyskać ścierając go na tarce o drobnych oczkach, kroimy dynię w nieregularne kawałki o zbliżonych rozmiarach. Na gorącym oleju, a właściwie oliwie (choć nie ma to tutaj większego znaczenia), na dużym ogniu i dużej patelni łączymy te dwa składniki, pozwalając im cieszyć się swoim towarzystwem dość długo - ok. 15 min.

Kiedy dynia staje się już dość miękka dolewamy do niej sok z pomarańczy - świeżo wyciśnięty, z 1 sztuki egzotycznego owocu lub jego połowy - wystarczy w zupełności. W takim składzie pozostawiamy patelnię na kolejnych 5-10 min., po czym teleportujemy jej zawartość do garnka, dolewając bulionu (d.i.y., duży pęk włoszczyzny + czosnek + ziele angielskie + liść laurowy i sól). Miksujemy, blendujemy (nie skreczujemy), jeszcze chwilę gotujemy, dolewamy ok. 1/3 puszki mleka kokosowego i zostawiamy (już bez ognia), aby całość elegancko się ze sobą zaprzyjaźniła. Zapraszamy gości - i jemy!

Na ok. 4 porcje supa zupy potrzebujemy mniej więcej:
  • pół kilograma dyni 
  • kawałek imbiru o długości 3-5 cm.
  • pół puszki mleka kokosowego (zupa + dekorejszyn)
  • 2-3 szklanki bulionu warzywnego (bardzo orientacyjnie)
  • sok z połowy (lub całej) pomarańczy
  • szczyptę soli
  • trochę świeżo mielonego pieprzu (niech cały ogień pochodzi z imbiru)








sobota, 22 września 2012

soczeVica z pieca - cześć jesień!

Panta rhei, czułe pożegnanie z latem najmilej przebiega w kuchni.

Uskuteczniamy homecooking - food for yo mind and for yo belly.

Wymyślamy, gotujemy, dusimy, pieczemy, puszczamy parę w ruch. Grzejemy piec. Przygotowujemy się do jesiennych ciemności, robimy zapasy.

Podejście do pieczeni z soczewicy rozpoczynamy od przygotowania bulionu warzywnego, którego również późniejsze możliwości wykorzystania są nieskończone. Warzywa z Włoch oddają wszystko co mają i rozmiękczają się w słonej kąpieli z listkiem laurowym, zielem angielskim, kulkami czarnego pieprzu, dwoma ząbkami czosnku - i czym jeszcze sobie życzymy. Część wywaru wykorzystujemy do ugotowania naszej soczewicy. Na niewielką blaszkę dobroci wystarczy ok. 200g suchych zielonych lentylków. Bulionu - tyle, aby przykrył strączkowe, a potem nie pozwolił im się przypalić. W związku z tym raczej kontrolujemy gotowanie systematycznie dolewając małe ilości złotego płynu, zamiast tracić dobro odlewając nadmiar po ugotowaniu. Soczewica nie powinna się rozgotować, więc podjadamy i sprawdzamy jej stan, w ciągu tego ok. 20 minutowego procesu.

Ugotowane warzywa, które dały nam już jedne podarunek w postaci bulionu, wykorzystujemy do cna. Miksujemy je blenderem lub rozdrabniamy w inny dowolny sposób i mieszamy z soczewicą. Nie zostawiamy ich jednak  na pastwę tylko własnego towarzystwa. Szczodrze obdarowujemy je curry i - ewentualnie - solą (jeśli czujemy taką potrzebę, a bulion był mało słony). Możemy dodać również podsmażoną cebulkę i czosnek, choć poniższa wersja jest bez nich. Mieszając nasz (prawie) finalny produkt nie przejmujemy się, jeśli jest w nim trochę bulionu - całość doskonale posłuży do wymieszania smaków soczewicy, curry i warzyw, dodatkowo rozmiękczając naszą lekko niedogotowaną zieloną gwiazdę przedstawienia.

Tak przygotowaną masę soczewicowo - warzywną przekładamy do naczynia żaroodpornego, blaszki czy innego gara, finiszujemy obsypując płatkami migdałowymi i wstawiamy do nagrzanego (200C) pieca na około 40min. - 1h. Poraz kolejny kontrolujemy z zewnątrz, aby doczekać się tego cuda w oczekiwanej formie i stopniu upieczenia, nie spalenia.

Możemy je zjadać jako pieczeń obiadową lub pastę do chleba, up 2 u.

Aby tego dokonać potrzebujemy:
  • duży pęk włoszczyzny 
  • liść laurowy
  • ziele angielskie
  • pieprz
  • sól
  • 2 ząbki czosnku
  • ok. 200g zielonej soczewicy
  • curry (lub składowe tej przyprawy w odpowiednich dla naszych kubków smakowych ilościach)
  • płatki migdałów


 

czwartek, 20 września 2012

pyrki, pyreczki, pyrunie...!

Moja miłość do pyr nie jest żadną tajemnicą. Każdy, kto zamienił ze mną więcej niż dwa zdania wie, że bardziej romantyczna od bukietu kwiatów zawsze będzie dla mnie siata z kartoflami.

Sposobów są miliony - dziś na stole rozgrzewające jesienne pyry z curry, czosnkiem, ostrą papryką i rozmarynem.

Pyry gotujemy w stylu klasycznym - pyra z wody, staramy się ich nie rozgotować choć i takie pełne są uroku. Tymczasem - borem lasem - na palniku obok podgrzewamy oliwę ze słusznym ząbkiem czosnku (wyciśniętym, zmiażdżonym, whateva), curry, ostrą papryką (mieloną) i rozmarynem właśnie (użyłam suszonego, ale świeży byłby idealny). Nie palimy - po chwili wrzucamy na ten podkładzik ugotowane pyry.

Mieszamy, mieszamy, mieszamy - jemy! A z talerza obok podkradamy powoli mix różnych sałat z pomidorkiem i kiełkami - delikatnie polany oliwą. Mmmmmmmmmmm.

Let the beauty, that you love, be what you do...



















czwartek, 13 września 2012

Szanowna Pani Roszponka

...w pieczarki i papryki szponkach!

Clue tego zestwaienia są duże kawałki, nie jakaś tam drobna kosteczka. Aby wgryźć się w każdy kawałek oddzielnie, ale też poczuć ich smak razem. Pieczarki po umyciu dzielimy na ćwiartki, paprykę kroimy w kostkę o bokach ok. 2cm. Bez linijki, nie jesteśmy w szkole, tylko w kuchni!

Dystyngowaną Panią Roszponkę delikatnie otaczamy wyżej wymienionym towarzystwem.

Mezalians redukuje mój ulubiony dressing musztardowo miodowy, w składzie: musztarda francuska (boskie kuleczki gorczycy), miód lipowy, oliwa z oliwek, odrobina wody oraz odrobina czerwonego octu winnego. Aby nie był winny klęski, dolewamy go naprawdę ostrożnie, mamy już wszak w gronie kwaśną musztardę.

Mieszając sos tańczymy, polewając sałatkę jemy. The One.




czwartek, 6 września 2012

lato z porzeczkami

To nic, że lato idzie precz, nie oglądając się na boki, tym bardziej za siebie.

Pożeraczem porzeczek byłam jako dziecko - porzeczki z cukrem, zagryzione chlebem z masłem to jedno z silniejszych wspomnień smakowych. Lato u Babci Zeni. Drugie wspomnienie to ciasto drożdżowe, również z masłem, ale do tego - z kiełbasą. Tak samo pyszne jak dziwne.

Wróćmy lepiej do porzeczek... polane miodem, niedbale rozrzucone na jaglance (zimnej, ugotowanej al dente) zaszczyciły swoją obecnością mój poranny stół. I dały się pożreć. With whole lotta love.

be my baby, spinaCZ!

Podsmażone na oleju z suszonych pomidorów połówki pieczarek, dwa zmiażdżone ząbki czosnku i nieco rozdrobnione rzeczone pomidory, przyjęły na swą niemałą klatę baby spinaCZ, czyli młody świeży szpinak.

I jak się okazuje, im bliżej patrzysz, tym więcej widzisz.

Zestaw wyborowy narzucił się dziś kaszy jaglanej. Mógł to być równie dobrze pęczak czy pełnoziarnisty makkaronni. Wolność wyboru podstawowym prawem obywatela.







środa, 5 września 2012

fasolowa jest połowa, druga połowa kiełkowa

Śniadaniać w domu obowiązkowym jest i cudnym zarazem.

Wszystko ma swoje priorytety.

Dziś rano kręcimy czerwoną fasolę - może być z puszki. MUSI natomiast być z kminkiem mielonym i ostrą papryką. Dobrze wypada w parze z kiełkami rzodkiewki i ogórkiem na czOrnym chlebie.

Tzw. krótka piłka. Mielimy i jemy. Nie mieląc przy tym językiem w słowotoku.

poniedziałek, 3 września 2012

bakłażanowe love - delikwent psiankowaty

...czyli rzecz o tym, co oprócz słabości do rumuńskiego disco można przywieźć z wycieczki do królestwa hrabiego Drakuli, mołdawskiego wina, bezpańskich psów i miliona przepięknych cerkwi i monastyrów.

Psianka podłużna - bo tak brzmi pełna nazwa systematyczna delikwenta wdzięczny jest i STWORZONY do upieczenia / zgrillowania, zmiksowania i zjedzenia. Z czosnkiem, solą i pieprzem... Dla nieskomplikowanych spożywających - znana jest również wersja z majonezem. Wersja basic dla vegan as fukk.

Najlepszy jako pasta chlebkowa z pomidorem, kiełkami lub czym fantazja poniesie. Wyobraźnia podsuwa też zastosowanie dipowe, ale bez deeper issues. Tak jak lubimy. Z jednej sztuki fioletowego zioma wychodzi średnia porcja tego dobra, polecam wersję na zapas = sztuk minimum dwie.

Typa, lub typów ilość większą, pieczemy w gorącym piecu przez ok. 50 min. nacinając go wcześniej z góry, aby ciepło przeszyło całą jego wątłą fioletową postać. Z miłości do oliwy - wlewamy jej trochę typowi do środka. Szybciej mięknie. Nie jest to jednak czynność obowiązkowa.

Pofta buna! Ale bez disco, @home!