środa, 26 czerwca 2013

truskawa zabawa

Teraz Polska. Dobre, bo polskie. Co z tą Polską?
Sama nie wiem. Ale kocham sezon na truskawki, czereśnie, arbuzy i porzeczki.
A polskie truskawki wymieszałam tu z tzw. złotem Inków - amarantusem preparowanym.




















To było dobrych kilka dni temu. I to było dobre!

I to też jest - kawał porządnej polskiej Muzyki.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

ziemniaki zamiast bomb

Miało być rodzimie, z pola i w sezonie, a tymczasem patrzę na to zdjęcie i znowu myślę o Chinach.
Może to siła autosugestii i widzę to, co chcę widzieć, a może to przez te wczorajsze ogórki...

W każdym razie chodzi o to, że każde zielone jest dobre. I cały najdzikszy i bardziej cywilizowany wschód o tym wie, doprowadzając do stanu spożycia prawdopodobnie każdą roślinę, jaka rośnie w zasięgu. Nie wiem co tam jadałam, ale dopóki smakowało, dochodzenie nie miało żadnego sensu. Zwłaszcza po przygodzie z dochodzeniem w jednym z nocnych street foodów - ale to inna historia.

Chodzi raczej o to, że życie jest proste. Wystarczą ziemniaki, młode, ale upieczone i posypane gruboziarnistą solą morską. Oprócz tego zielsko - młody szpinak krótko podsmażony na łyżce oliwy z dwoma ząbkami czosnku, na koniec posypany sezamem.



















I jeszcze jedno wspomnienie - tę akurat kapustę można na szczęście dość łatwo znaleźć w stołecznych orientalnych jadłodajniach (i nie, nie mam tu na myśli kuchni chińsko-polskiej).


SH, 2012


 

niedziela, 23 czerwca 2013

ogórki

Szczyt sezonu ogórkowego co prawda dopiero przed nami, ale warto się przygotować i obłowić w przepisy na wegańskie mizerie przed kulminacją - tak myślę. Dziś dwa wydania z tzw. zagranicy. Użyłam szklarniowych, chociaż gruntowe będą równie dobre.

Jeden prostszy niż barszcz, podpatrzony na Węgrzech, choć zapewne obecny też w niejednym domu polskim. 

Drugi, też od barszczu prostszy, ale aż zza Uralu - moje ukochane ogórki po chińsku.




















Te pierwsze - niedbale pokrojone na hebelku lub ręcznie w cienkie, nieregularne talarki wystarczy najpierw wymieszać z:
  • cukrem (brązowym lub białym), 
  • solą morską 
  • pieprzem. 
Ilość zależy przede wszystkim od ilości ogórków i od gustu, generalnie chodzi o to, by sól vs. cukier grały fair 1:1 - żeby słodko słony smak był intensywnie odczuwalny i wycisnął z plasterków (prawie) wszystkie soki. Marynujemy je potem przez godzinę lub dwie w lodówce - aż zmiękną zupełnie i dadzą się pożreć.





















Drugie kroimy wzdłuż, na spore kawałki, koniecznie ze skórą. Marynujemy je w sosie o składzie:
  • łyżeczka oliwy chilli (lub świeże posiekane chilli - ilość zależna od stopnia uwielbienia ognia w gębie)
  • sos sojowy - 2-3 łyżki
  • olej sezamowy - 1 łyżeczka
  • ząbek czosnku
  • szczypta cukru do smaku
  • sezam do posypania na finiszu
Im też wystarczy godzina lub dwie. Po prostu najlepiej smakują mocno schłodzone. Im akurat miękkość nie zanadto służy.

śniadaniówka

Time to go or time to come back?

Trochę mnie tu nie było. I jakoś zawsze było bez wynurzeń - dlaczego tak, a nie inaczej. Talerz, lista i smacznego. I właściwie mogłoby tak zostać.

Setki zjedzonych w międzyczasie śledzi nie pójdą w zapomnienie, bo smak ich był, doprawdy, boski. Kilogramy zielonego sera i innych wędzonych pyszności również. Lubię te smaki. Jednak to weganizm daje mi kopa i kopę energii, fantazję w kuchni i poza nią, lekkość w brzuchu i lekkość umysłu.
Głęboko wierzę też, że to najzdrowsza z możliwych diet.

Dlatego dziś po raz wtóry mówię: dzień dobry i smacznego!

A na śniadanie zjadam pesto pietruszkowo - słonecznikowe z deserem, który mógłby samym śniadaniem zostać. Smoothie truskawkowo-jabłkowo-ananasowe zaspokoilo drugą część wilczego po-biegowego głodu.

Na peściaka przypadł pęczek pietruszki, garść słonecznika uprażonego na małym chluście oliwy, trochę grubo mielonej soli morskiej + 3min blendowania, nie na pastę bynajmniej!


Smooth criminal to z kolei ok. pół kilograma truskawek (najlepiej zimnych w ciepły dzień), kawałek świeżego ananasa + jabłko. I smak na lato. Aż wyjdzie słońce, jeśli akurat go nie ma.





piątek, 19 kwietnia 2013

dla głodnych

Dla ciągle głodnych wiosny, słońca,  długich dni i ciepłych nocy, ciepłego wiatru i letniej burzy. Odkurzonych rowerów. Pachnącej ziemi. Przeciwsłonecznych okularów. Dajcie więcej.

Cześć trampki i bluzy. Żegnajcie rajtuzy. Do widzenia swetry, płaszcze i kożuchy. Nie będzie płaczu nawet jeśli miałybyście odejść bezpowrotnie (o czym oczywiście potajemnie marzę).

W powietrzu jest miłość, mimo siłowych prób z przesileniem. Jest moc. Keep on lovin' dat.

A w kuchni dużo jedzenia! Powoli, ale konsekwentnie nadchodzi zieloność - nie tylko w kolorze, ale i w przesłaniu.

Jest jaglanka z awokado i suszonymi pomidorami. I w ogóle nie zielona, deserowa, pomarańczowo - daktylowa.

Są kanapki z pesto Oli i z młodym szpinakiem.

I pyszna rukola z kiełkami i jabłkiem.

Wszystko na swoim miejscu. I po kolei, w rządku, w żołądku i w porządku.

Zaczynamy od jaglanki, sposób ugotowania był standardowy, ale dodatki w postaci pokrojonego w sporą kostkę awokado i kilku (również pokrojonych) suszonych pomidorów robią robotę. Smak jest kremowy, delikatny, jednak z wyraźną zadrą soli z pomidorów i świeżo mielonego pieprzu, którym należy zwieńczyć dzieło.




















Wersja deserowo popisowa była ze świeżymi pomarańczami, daktylami i odrobiną miodu. Również delikatna, ale rzecz jasna w innym wymiarze. Prze-słodka.




















Kanapkowe pesto O-love z rukoli i migdałów może być również pesto pastowym, makaronowym :)
Pół dużej paki rukoli miksujemy z odrobiną oliwy i prażonymi na patelni ok. 10 migdałami.
Prościej być nie może. Od niedawna rozważam nawet wprowadzenie zasady 1+1 na stałe. Dwa składniki to pewnik głębi smaku. W imię zasady: life is simple. Z solą i pieprzemmmm.





















Młody szpinak poszedł natomiast w parze z wędzonym tofu, na prześcieradle z musztardy francuskiej, z dodatkiem białej cebuli i pomidora. Taka tam kanapka.



















A na końcu rukolowa królowa! Z słodkim sosem balsamico, smażonymi z solą morską kiełkami i jabłkiem. Oraz słodkim głosem tego typa. 




















Ciągle jestem głodna!



poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Home, sweet home.




















I rosyjskie wpływy w ramach innowacji w zakresie znanej wszystkim sałatki jarzynowej. Wegańsko, bez majo, chociaż dla fanów mogłaby być nawet i w takiej wersji. Pytanie co na to wschodni sąsiedzi. Obruszyliby się zapewne także na brak kiszonej kapusty, o której zwyczajnie zapomniałam. Starość ściga mnie okresowymi zanikami pamięci.

W każdym razie i tak było pysznie - może nie obiektywnie, bo zapatrzona w szynki i boczki rodzina wielkanocnych tradycjonalistów może nie werbalnie, ale w czynach, wzgardziła debiutem na stole. Nie szkodzi. Kiedyś nastąpi jeszcze powtórka.

Pokroiłam w kosteczkę mniej więcej równe ilości ugotowanych, obranych i schłodzonych:
  • marchewek
  • pietruszek
  • selerów
  • buraków
  • ziemniaków
Do setu dołączyły ogórki kiszone - w dużej ilości, która reguluje nam smak.

Na początek można dodałam mniej więcej tyle samo co marchewki/pietruszki/selera... Po kliku godzinach w lodówce, po uprzednim starannym wymieszaniu, osoleniu i pieprzeniu, dolaniu oleju - okazało się jednak, że moje kubki wymagają większych kontrastów smakowych - dlatego dodałam jeszcze kilka ogórków.

Choć - jak mniemam - gdyby nie moja pamięć, gdyby kapusta kiszona była jednak obecna w tym zestawie - prawdopodobnie okazałoby się to zbędnym ruchem.

niedziela, 31 marca 2013

thai aiaiaiai!

Na pohybel mazurkom i wszystkim grzechom wielkanocnych wakacji od zdrowia, z bólem brzucha odkopuję wszystkie super zdrowe wegańszczyzny. Tajska zupa była swego czasu kolejnym azjatyckim sentymentem, który zaginął w otchłani mega i gigabajtów na dyskach E:\ F:\ G:\ A:\ H:\ C:\.
Ponieważ aura wyjątkowo sprzyja sentymentom i rozgrzewaniu w tym samym momencie, w tym jakże wiosennym dniu pozwalam sobie na flashback of the homecook.




















To me it's what I eat.

Garnkowi było dane:
  • dużym pękiem włoszczyzny, z czego korzenie pokrojone zostały w eleganckie równiutkie słupki - zadanie pracochłonne, ale ile serca można włożyć w tym czasie w marchewkowe, pietruszkowe i selerowe postaci!
  • wodą z kranu w objętości ok 2l.
  • cebulą x2
  • czosnku zębami x5 lub x6
  • porem x1 - w całości
  • IMBIREM - jak mogłam o nim zapomnieć...?! Pokrojony w słupki korzeń długości ok 10cm. zasilił ogniem całą imprezę
Takie połaczenie - z solą i chilli do smaku, równocześnie z rozmiękczeniem dało bulion, który po wyłowieniu pora i cebuli wzbogaciły:
  • trawa cytrynowa (w ilości 2 łyżki mrożonej rozdrobnionej)
  • grzyby Mun - solidna garść pokruszonych suchych, a po napęcznieniu w tymże bulionie, pokrojonych w paseczki podobne do tych marchewkowych
  • groszek zielony - mrożony, opcjonalnie z puszki
  • sos sojowy - indywidualnie dobrany, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość
...i gotowały się jeszcze dłuższą chwilę. Na samym końcu dołączył makaron ryżowy we wstążkach - prosto do zupy, bez żadnych wstępniaków.I pokrojony w nieregularne paski szczypior. Po co się szczypać w perfekcjonizm. Yummy Yummu Yo.


wtorek, 19 lutego 2013

buraczkowa

Z fasolą i tymiankiem. Dla zagorzałych fanów ziół, barszczowi tradycjonaliści nie znajdą tu niczego dla siebie. No chyba, że lubią takiego typu klasykę, wtedy jeszcze mamy jakąś szansę na chociaż częściowe zadowolenie. Jest też opcja, że miłość do buraka przyćmiewa wszystko i miłość jest ślepa i bez powonienia - tylko jaki wówczas sens marnowania tymianku? :)

Ten pyszny wynalazek przypomniał mi się na wygnaniu, z którego poniekąd pochodzi - cały wschód zajada się borszczem aż uszy się trzęsą, a wódka wlewa do szklanek nie bacząc na to czy miejsce bardziej czy mniej publiczne.

Są w nim wszystkie warzywa, bulion jest bogaty w korzenie (marchew, pietruszka, seler), cebulowate i czosnkowate, a także przyprawy. Powinno być gęsto, nie może oczywiście zabraknąć ziemniaka.

Fasolkę moczymy i gotujemy osobno wcześniej. Buraki również, w skórkach. Potem możemy je zetrzeć na tarce o grubych oczkach (moja ulubiona wersja) lub pokroić w kosteczkę, paseczki, szlaczki, nabić na wykałaczki.

Tymianku dodajemy pod sam koniec gotowania - możemy wcześniej podsmażyć go ultrakrótko na oliwie - jak często czynię z ziołami do zup.

I jak zwykle trudno podać mi proporcje :) Na około 1,5l wywaru zwykle wrzucam:
  • dużą włoszczyznę (ok 3-4 marchewki, 2-3 pietruszki, pół selera, białą i zieloną część pora)
  • 4-5 ząbków czosnku w całości
  • 1-2 cebule
  • 4-5 ziarenek ziela angielskiego
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
  • 2 listki laurowe
Do spełnienia w borszcz:
  • 4-5 małych buraków
  • ok. szklanka (suchej) fasoli - można potem część przerobić na inne pasztety lub kotlety
Smakówka!
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

pochrzaniony krem z ziemniaków


Dziś rzecz będzie o skromnym kremie. Białym jak przejściowe zimowe zamglone niebo nad morzem. Jak przenikliwa zimna wilgoć, która nie uznaje sprzeciwu. I spokój, który prędzej czy później nadchodzi, czasem obezwładniając brutalnie mimo swej łagodnej natury.
















Wystarczy tylko ugotować pyry. Dolać bulionu, zmiksować i doprawić: solą, pieprzem i chrzanem. Najlepiej bez dodatków, startym w słoiku. Jakiś czas temu kupiłam taki na bazarze... nie, nie od babci. Od jakiegoś karko-łomnego dżentelmena, powiedzmy, wnuczka.

...

piątek, 1 lutego 2013

zimowy kompot king

His name is King...

I jest imbirowo - herbaciano - malinowo - pomarańczowo - cytrynowo - miodowy.

Słodki, rozgrzewający (mimo chłodnych cytrusów), budujący. W zimę czy po roztopach.

Proporcje są jak zwykle dość luźne, doprawiamy wg własnych kubków smakowych, słuchamy siebie.

Tak czy owak, łączymy w garze:
  • urzednio zaparzoną herbatę czorną jak noc
  • spory kawał świeżego imbiru, obrany lub nie, ale pokrojony w dość cienkie plasterki
  • dużą, słodką i soczystą pomarańczę pokrojoną w cząstki (np. połówki ósemek) ze skórką
  • cytrynę pokrojoną w ósemki
  • sok malinowy
Chwilę gotujemy, aż smaki i aromaty uwolnią się do boskiego. Po uzyskaniu smaku prawie idealnego i wyłączeniu gazu/prądu/zgaszeniu ogniska spod kotła, dodajemy miodu - dla efektu leczniczego ciało i ducha. Słodycz słodyczą, a obowiązek leczenia naturą pozostaje obowiązkiem.





soczewicowa delight

Mieszanie słonego ze słodkim jest moim hobby. Jak zupa pomidorowa dla niektórych. Jak ciasto z kiełbasą dla tych samych lub innych. Jak słuchanie Jose Jamesa z zachwytem. Love, I already know.

Lub wyjadanie miękkich owoców z kompotu. Ale o kompocie gdzie indziej.

Past z soczewicy było wiele. Jeszcze więcej będzie, obiecuję. Dziś zjadłam taką, która wczoraj była nadzieniem ciasta francuskiego. Multizadaniowość lubimy ponad miarę, lubimy wracać do najlepszych smaków - i to szybko.

Więc soczewica (ok. 1 szklanki suchej) została wykąpana we wrzątku, przez minut kilkanaście, zanim zaczęła się rozpadać. Wrzątek był z dodatkiem soli i pieprzu. Tymczasem, w rondlu obok, prażyły i prężyły się na oliwie dwie cebule okrojone wcześniej w półtalarki i 3 średnie marchewki, starte na grubych okach tarki. Wtargnęło curry. I towarzystwo połączone z soczewicą dzieliło ogień jeszcze przez kilkanaście minut, dopóki nie zaczęło zmieniać się w pastową pastę. Po zdjęciu z ognia, dopomógł blender - niezbyt brutalny, złagodzony dodatkową dawką oliwy pozostawił kilka lentylków nienaruszonych. I pastę gotową do nałożenia na czarny chleb z orzechami i suszonymi owocami. Oj, zadziało się jeszcze z kiszoniakiem na dokładkę.








sobota, 19 stycznia 2013

ziemniaki z dyńką

To, że ta wersja jest jedną z bardziej leniwych w ogóle nie osłabia jej pozycji w rankingu.
Może nawet wręcz przeciwnie - dla leni kuchennych jest jak znalazł. A miłośnikom szaryh bulw i tak nie robi różnicy, miłość jest ślepa. To sprawdza się i tutaj.

Wystarczy tylko obrać pyraki, ugotować je klasycznie w wodzie, a potem wymieszać z podsmażoną na oliwie szalotką i pestkami dyni solidnie pieprząc. 

Et voila! Bring it home!
 

niedziela, 13 stycznia 2013

pyry z ukraińską pomidorówką

Tak, tak - nie pomyliłam kolejności w tylule. To jest miłość do bulw proszę Państwa.

I moja wariacja na temat pomidorówki zjedzonej podczas ostatnich podróży w czasie i przestrzeni.

Kto wpadłby na pomysł podania pomidorówki z podsmażoną startą na tarce o drobnych oczkach marchewką i pokrojoną w najcieńsze talarki jakie w życiu widziałam szalotką? Kto?

Była pyszna. Jest replay w domu. Jest niebo, a do nieba blisko.

Wzięli my:
  • przecier pomidorowy, płynny - 1 litr lub więcej 
  • bulion warzywny - około pół litra - do litra (taki mega aromatyczny, z dużą ilością czosnku i cebuli)
  • dwie - trzy marchewki
  • trzy - cztery szalotki
  • pyry (ostatni będą pierwszymi)
I zrobili tak:
  • do przygotowanego bulionu dodajemy przecier/sok pomidorowy
  • doprawiamy do smaku solą morską i pieprzem, najlepiej świeżo mielonymi
  • startą na tarce o drobnych oczkach marchewkę podsmażamy na oliwie z pokrojoną w cieniutkie talarki szalotką
  • w międzyczasie obieramy i gotujemy furę ziemniaków
I teraz mamy dwie opcje.

W opcji pierwszej: układamy podsmażoną marcheweczkę i szalotkę na talerzach i zalewamy zupą, dokładając potem furę ziemniaków.

Opcja druga to podsmażone pyry z szalotką - zamiast marchewki, jeśli nagle okazuje się, że wersja z marchewką została zjedzona. Plus zupa. Smakówka!
 

wtorek, 8 stycznia 2013

jaglanka na prezydenta

Niełatwo się z nią przyjaźnić, to fakt. Wymaga dużej kreatywności, wiele oczekuje. Ale bardzo wiele też daje. Na przykład zdrowie, w tych niepewnych czasach, gdy portal za portalem rozpisuje się na temat ataku grypy jakby była równie zaskakująca jak mróz zimą. Temat jest tematem.

Kończąc wywody o pogodzie, a przechodząc do rzeczy: na jaglankę po włosku pewnie nie wpadłabym sama. Nawiązywanie przyjaźni na słodko było lepsze niż bułka z miodem. Niestety lub stety okazuje się, że najkorzystniejsze działanie zdrowotne ma dieta bezcukrowa. Aż wstyd, że dziwi to przesiąkniętego kiedyś ścisłymi naukami biotechnologa.

Dobrze mieć przyjaciół. Poratują w chorobie. Umocnią w zdrowiu. Jaglankę na nowo polecą. Do jej optymalnego ugotowania zainspirują. Przytulą. Tu już chyba przesadziłam, na miłość do jedzenia!

Optymalne ugotowanie to dla mnie od niedawna zalanie kaszki zimną wodą, doprowadzenie do wrzenia i drżenia, pogotowanie przez minut około 5, a następnie zestawienie z ognia i cierpliwe czekanie aż dojdzie do siebie pod przykryciem z pokrywki. Jest wtedy bezwzględnie najlepsza.

To jeśli chcemy ją samą. Można lekko posolić.

W wersji urozmaiconej - na słono - dodaję (na samym początku) zioła włoskie, głównie oregano, które kocham. Oprócz tego suszone pomidory - suche jak susza lub oliwą w słoiku rozmiękczone. Oraz oliwki. Czorne. Oraz czule mieszam. Z kapką oliwy.

A gdy znowu potrzeba słodyczy... ostatnią słodką frajdą były dołożone do zestawu rodzynki, cynamon i pokruszone orzechy włoskie.

I to nie jest bajer.



sobota, 5 stycznia 2013

najlepszy hummus na świecie

Klasyka. Mówią i na mieście i we wsi, że niby najlepsza, stateczna, ze nigdy nie wychodzi z mody. Trwa w spokojnej swej pozycji niewzruszona. Jak hummus z czosnkiem i sezamem. Albo nawet hummus z chrzanem. 

Sama trochę się zdziwiłam, ale ona czasami jednak się wstydzi. Na przykład, kiedy poznaje hummus z czosnkiem i przyprawą Madras Curry Powder. Żadne tam lokowanie produktu, obiektywnie najlepsza mieszanka produkowana przez Natco.

Mówią, że młodość wiecznie się dziwi. I pyta. Jak żyć, kiedy ciecierzyca jest takim cudem, że podczas gotowania zawsze się obawiam, że wyjadaniem pożrę całą zanim będzie dobra? No jak? Dziękować resztkom woli za powstrzymanie ręki z łyżką? Dziękować dozgonnie.

To, co niewyjedzone, będzie owym najlepszym na świecie. Miksujemy co następuje:
  • szklankę ugotowanej ciecierzycy 
  • jeden rozdrobniony dowolnym sposobem ząbek czosnku
  • curry - taaak lepiej jak jest więcej
  • kilka łyżek oliwy (zwykle od 5 wzwyż)
  • chlust wody, dla dopełnienia kremowej konsystencji
A konsystencja winna być niewinna i puszysta jak plusz.


czwartek, 3 stycznia 2013

good morning express

Jedno z najszybszych śniadań świata. Pyszna pasta na tostach to nie obciach.

Zwłaszcza ze świeżo pokrojonym warzywem i zieleniną. W opcji poniższej w pastę zmieniona została puszka białej fasolki, z odrobiną oliwy, solą i świeżo mielonym pieprzem. Posypana papryką w drobnej kosteczce i natką w pietruszeczce.

Mięsożercy też się rzucili. Ze spokojem.


niedziela, 30 grudnia 2012

kartofle PANY

Tribute to PYRY. Kartofle PANY. Potejtouzz rulezz.

Ziemniaki zamiast kwiatów, prozacu, zimy, kołdry i kawy z mlekiem. Zamiast kiełbasy i tatara, zupy pomidorowej, Lecha Wałęsy i Święta Dziękczynienia. Lodów pistacjowych, taniego wina i niezadowolonych ekspedientek w Społem. Całej Azji razem wziętej i amerykańskiego snu. 
Ziemniaki zamiast wszystkiego. Whole lotta love.

Ugotowane, a potem usmażone na oliwie z cebulą, kurkumą, czosnkiem granulowanym i garam masalą.
Pożarte w minuty trzy. Bez żadnych tam podchodów, gierek czy innych schematów. Żeby ślina nie musiała za długo kapać na podłogę - kiedy to podczas gotowania już zaczyna.



orzeszkowa Azja

Na tapetę wjeżdża jeszcze jedna, w sumie trochę zaległa, wariacja typu Czajnik.
Do zjedzenia z ryżem, makaronem ryżowym lub tak o, bez akompaniamentu, widelcem z miseczki.

W woku mieszamy smaki typu następującego:
  • olej sezamowy
  • paprykę pokrojonę w cienkie długie paseczki
  • garść (suchych), namoczonych we wrzątku i pokrojonych grzybów Mun
  • por pokrojony w talarki
  • garść niesolonych orzeszków ziemnych
Wokujemy do średniej miękkości, powinno chrupać.W międzyczasie doprawiamy solą, chilli cayenne i sosem sojowym - proporcje wg uznania.

Muzyka również wg uznania. Grunt to SMAK. Tyle dostajesz ile dasz.


niedziela, 23 grudnia 2012

nie pizza i nie francuska

Placek francuski z chińskim wpływem sezamu i sosu sojowego. Czyli tzw. świat na talerzu, fuzje i dyfuzje, zależne tylko od wyobraźni i aktualnej zawartości lodówki. To, że światło jest tam zawsze, ma oczywiście ogromne znaczenie. Nawet dla oświeconych.

Jak już mówiłam - tęsknię za Azją.

Kapusta z grochem - owszem - również znalazła się ostatnio na stole, ALE... połączenie na patelni:
  • 1 czerwonej  papryki
  • pora
  • puszki drobnej białej fasolki
z sosem sojowym i garścią sezamu, a potem zapieczenie tego mixu na cieście - spełniło małe marzenie.

Count yo blessings!

wtorek, 18 grudnia 2012

czarno na białym

Czarna fasola na spontanie. Smażona z porem i prażonym sezamem. Na białym makaronie ryżowym, z tęsknoty za Azją.

What u need is what u get, czyli bierim:
  • niecałą szklanka czarnej fasolki
  • 1 pora
  • 2 łyżki prażonego sezamu
  • łyżkę oleju sezamowego do smażenia
  • sos sojowy
A z tego - czorną fasolę moczymy przez noc, więc spontan ten jest grubymi nićmi szyty. Namoczoną gotujemy przez około godzinę zamiast trzech - więc jednak warto. Pokrojonego w grube talary pora podsmażamy w woku - szybko, im szybciej tym lepiej. Ogień musi być duży, mimo tego, że olej sezamowy należy raczej do łatwopalnych. Ognia, więcej ognia trzeba!
Do tego dorzucamy po chwili fasolę, doprawiamy sosem sojowym i posypujemy sezamem. Mieszamy dłuższą chwilę, mimo nieodpartej pokusy pożarcia wszystkiego prosto z patelni.

W tak zwanym wolnym czasie - przez ok. 10 minut - gotujemy szeroki makaron ryżowy. I podajemy czarne na białym. Posypane extra sezamem.