sobota, 24 sierpnia 2013

mamałyga nie ostryga

It's official!

Z minionym tygodniem, czyli już ponad rok od momentu rozpoczęcia weganizowania, niecały rok od rozpoczęcia blogowania i miesiąc po przekroczeniu magicznych 30% mocy... WATCH YO PLATE z dumą dołącza do programu Weganizm. Spróbujesz? promującego polskojęzyczne wegańskie blogi kulinarne. Z dumą, bo mój weganizm ma wiele wymiarów i zaczął się z pobudek zgoła egoistycznych. Z dnia na dzień nabiera jednak mocy, I hardly even know that, but I like what I know!

Oficjalnie mogę zapowiedzieć rychłą opcję dwujęzyczną, dla głodnych na oczyźnie lub w innej ojczyźnie. TALK TO YOU SOON!

A w ramach dobrego moodu i ostatniej zajawki na kokosa super fuzja polsko - rumuńsko - włoska.
Kapusta głowa pusta. Kokosowa rozpusta. Ale żadne tam koko dżambo!

Nic innego jak:
- poszatkowana mała główka młodej kapusty
- ugotowana do miękkości z dwiema dużymi marchewkami pokrojonymi w talarki
- dosolona i dopieprzona, świeżo z młynka
- podana z polentą (kaszką kukurydzianą) ugotowaną na wodzie w proporcji ok. 3:1
- polana schłodzonym mleczkiem kokosowym

Słodko słona absolutna fantastyczność!

 

czwartek, 15 sierpnia 2013

kremowy kokosowy chłodnik z buraka

Właściwie kokosowo czosnkowy. Bo kocham buraki, mleczko kokosowe i czosnek.

Myślę, że posypany świeżą kolendrą też miałby swój urok. Letnie curry w wersji nadwiślańskiej.

To połączenie pojawiło się jednak mimo wszystko trochę przypadkowo - z opcji gotowania bez wychodzenia do sklepu, chłodzącego, pożywnego, nieabsorbującego - jak by nie było - obiadu.

Ugotowałam więc w skórkach 4 średniej wielkości buraki. Obrane i schłodzone zmiksowałam, dolewając trochę wody. Ilość zależy od gęstości kremu, jaką chcemy uzyskać. Chociaż nawet puree byłoby całkiem niezłe!

Po zmiksowaniu delikwentów zmieliłam trochę soli, pieprzu, wcisnęłam ząbek czosnku, zmiksowałam ponownie... i zjadłam. Z sporą łyżką mocno schłodzonego (i tym samym gęstego) mleka kokosowego. Yummy.



















Przepis bierze udział w akcji:
 

niedziela, 4 sierpnia 2013

muffiny z cukinią

Chyba zostanę samozwańczą królową słonych muffinów.
Nieważne, że jest upał i że piekarnik i kto w ogóle myśli o gotowaniu. Nieważne.

Po wersji z oKurkami! był czas na kolejne sezonowe - z żółtą cukinią. Składniki suche i mokre właściwie identyczne jak w kurkach, z małym wyjątkiem - tym razem mąka była tylko pszenna razowa + owsiana.
Bez dodatku jasnej pszennej.

A na dodatek była:

  • mała żółta cukinia pokrojona w drobną kostkę
  • podsmażona z 3 ząbkami czosnku
  • po podsmażeniu wymieszana z pęczkiem posiekanej natki pietruszki

40min i fru!



frijoles refritos, kala-mayo i tortilla, bejbe!

Może nie tak ultra szybkie, na jakie wygląda i super dietetyczne, jakim się wydaje, ale dobre!

Patent na frijoles refritos, czyli smażoną fasolę od dawna mają Meksykanie. Czarne złoto przerabiają w aromatyczną, czosnkową pastę i zwykle jedzą na ciepło. Dla mnie idealna jest raczej schłodzona, ale prawo wyboru jest podstawowym dobrem człowieka.

W każdym razie:

  • fasolę warto namoczyć - co najmniej na kilka godzin, najlepiej rzez noc
  • wybór koloru można zrzucić na ruletkę, czarna czy czerwona - jest pyszna
  • gotowanie chwilę potrwa, myślę że ok. 2h, ale już po godzinie warto kontrolować ilość wody i miękkość w garnku
  • po ugotowaniu - fasolę miksujemy, ugniatamy, blendujemy - na w miarę gładką masę
  • zmiksowaną smażymy (!) na oliwie, dość dużej ilości oliwy, na której to z kolei wcześniej podsmażamy posiekany czosnek (2-3 ząbki/szklankę ugotowanej fasoli) i cebulę (1 na szklankę)
  • doprawiamy świeżo mieloną solą i pieprzem
  • et voila - jemy lub czekamy aż wystygnie

A jemy na tortilli, z dowolnymi świeżymi warzywami. Albo z ryżem i warzywami. Albo łychą bez niczego - dla fanów jednego smaku w jednej chwili. Idealna - posypana świeżą kolendrą lub natką pietruszki.

A jeśli w tortilli z majonezowym sosem z kalafiora, który opatentowałam zupełnie przypadkiem. Właściwie nie cierpię nazywania wegańskiego/wegeteriańskiego jedzenia w sposób sugerujący bycie zamiennikiem. Bo jeśli zamiennik, to pewnie nieudany. Sojowy schabowy brzmi co najmniej niesmacznie, że o tofucznicy lub innych tofurnikach nie wspomnę. 

Sos ten jednak jest swego rodzaju wyjątkiem - i obiektywnie smakuje lepiej od majonezu :)


Kilka ugotowanych różyczek kalafiora miksujemy na idealnie puszystą masę z łyżką oliwy i łyżką musztardy francuskiej + odrobiną soli. Sos idealny do kanapek, sałatek, idealny jako dip.

All I need.



wtorek, 30 lipca 2013

zacusca

Tak w Rumunii robi się good slow vegan food. Nawet nie trzeba specjalnie zwalniać tempa, pieczenie bakłażana absolutnie to wymusza.

Zacusca [zakuskę] można przygotować na wiele sposobów, choć prawdopodobnie smak pozostaje niezmiennie dobry przy każdym z nich.

Można ją też traktować wielorako: jako pastę do chleba, jako dressing do kanapek, sos do makaronu czy nawet sałaty. Granice wyznacza the great grey matter, jak zawsze.

Zaczynamy od obrabowania straganu z warzywami. Kupujemy małe bakłażany, trochę cebuli, papryki i dojrzałych pomidorów. Wszystkego po 2. Klaszczemy na dwa.














Oberżynę, sztuk dwie, pieczemy w całości (ponakłuwaną widelcem) lub przekrojoną wzdłuż na pół i posmarowaną oliwą, aby się nie wysuszyła. Pieczemy do miękkości, cóż mam zrobć, że na zegarek patrzę raczej rzadko.

Paprykę i dwie cebule kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na oliwie. A razem z nią dwie średnie, starte na tarce o grubych oczkach, marchewki i dwa pomidory bez skórki (ewentualnie koncentrat pomidorowy).

Z upieczonych bakłażanów oddzielamy miąższ od skórki (najwygodniej łyżką). Delikatnie miksujemy go blenderem, dodając rozmiękczoną i posoloną zawartość patelni.

Mieszamy, a jeśli trzeba - doprawiamy. Raz dwa.

niedziela, 28 lipca 2013

słone kurkowe muffiny

Wszystkich opcji na kurki, które pojawiły się w mojej głowie podczas ostatniej dalszej podróży zapewne nie zmaterializuję przez najbliższy tydzień, ALE. Ale pierwszy już zjedzony.
















Te idealne na śniadanie chiechexy powstają równie szybko jak znikają. 

Potrzeba nam tylko:
  • 40min wolnego czasu
  • piekarnika nagrzewającego sie do temperatury 200C
  • kubka o pojemności ok. 200ml oraz:
  • 2 posiekanych cebul
  • ok. 200g świeżych kurek, umytych i pokrojonych na mniejsze kawałki
  • posiekanego pęczka szczypioru
  • 1 kubka roślinnego mleka (tu - owsianego)
  • 4 łyżek oleju + 1 dodatkowej do podsmażenia kurek
  • 1 1/4 kubka mąki pszennej
  • 1/2 kubka płatków owsianych (zmielonych blenderem na mąkę)
  • 1/4 kubka mąki razowej lub pszennej wieloziarnistej
  • 2 łyżeczek proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczki soli
  • 1/2 lub 1 łyżeczki pieprzu - to ściśle zależne od upodobań

Zaczynamy od patelni i podsmażenia na niej na łyżce oleju cebuli z kurkami.

Następnie w jednej misce mieszamy wszystkie suche składniki, czyli mąki, przyprawy, proszek do pieczenia.
W drugiej - skladniki mokre, tj. mleko, olej i posiekany szczypiorek. Mieszamy zawartość każdej z nich indywidualnie. 

Dopiero potem mokre składniki przelewamy do suchych i naprawdę niedbale mieszamy. Ciasto może pozostać grudkowate, staranność nie ma tu żadnego znaczenia. 

Zbliżając się do finału, próbując czy może takie też jest dobre - surowe ciacho nakładamy do foremek z papilotami, wypełniając do 2/3, a może nawet 4/5 wysokości. 

I choć przy tej temperaturze wydaje się to być niemożliwe, nagrzewamy piekarnik do 200C i pieczemy muffiny przez ok. 20-25min. 


Przewidywana ilość: 9. 

Smak: niewiarygodny.


Przepis powstał w efekcie innspiracji innym, pochodzącym z książki która otwiera niedowiarkom:


















niedziela, 21 lipca 2013

oliwkowy słony muffin

Chociaż może raczej powinnam zatytułować ten post:

'Ladies and Gentleman, her Majesty Bran(d) new Muffin is here! Standing Ovation, please!'





















Zdziałany w szczycie niedzielnego lenistwa. Zmieszany z zawartości dwóch misek, suchej i mokrej.

W suchej była:
  • szklanka mąki (pół na pół - pszenna biała i pszenna wieloziarnista)
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • łyżeczka soli
Mokra do suchej wlana z:
  • 200ml wegańskiej śmietanki ryżowej 
  • 1/3 szklanki oleju
  • zmiksowanym słoikiem oliwek, ząbkiem czosnku i 2 łyżkami kaparów
Po wlaniu mokrej zawartości do suchych składników mieszamy - widelcem, łyżką, ręką, whateva.
I to właściwie koniec. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 175C. Foremki do muffinów wykładamy papilotkami, wypełniamy masą do ok 2/3 wysokości i pieczemy przez ok. 25-30min.

Nie wyrosną spektakularne bomby, ale raczej bułeczki do wciągnięcia na pierwsze, drugie lub ósme śniadanie. Ewnetualnie dwunasty podwieczorek. Takich doznań Wam życzę :)

pasta nie omasta i nie basta

Dobre na lato, dobre na piknik, na śniadanie jak i subtelny pstryczek w nos dla tych, którzy nadal nie dowierzają, że zdarza nam się jeść coś więcej niż trawę. Przygotowane na specjalną okazję w towarzystwie kuchennych superheroes dały niezły popis!

W podziękowaniu za wszystkie usłyszane wczoraj ciepłe słowa i pomruki zachwytu... kilka skróconych przepisów. Powszechnie wiadomo, że miarka jest mi raczej obcym przedmiotem, bezwzględnie za to ufam kubkom smakowym, nie tylko swoim, bynajmniej.



















Count Yo Blessings. A teraz policz do siedmiu, ale od prawej do lewej strony:















1. Soczewicowa - a właściwie kolejny niezły pasztet z czerwoną papryką i cebulą

A cebula też czerwona, bo czasami lubimy monchromy w kuchni. Cebul właściwie było kilka, a konkretnie połączyły się:
  • paczka (prawdopodobnie 400g.) ugotowanej czerwonej soczewicy; to mniej więcej tyle samo co 1,5 szklanki suchej
  • 3 małe czerwone cebule 
  • 3 zęby czosnku
  • 1 czerwona papryka
Soczewicę gotujemy w małej ilości wody, stale jej dolewając. Celem jest rozgotwanie lentylek  i odparowanie wody,  a w efekcie uzyskanie masy, której nie trzeba potem blendować. Trzeba więc stać przy garze i czasem trochę zamieszać w towarzystwie, bo to lubi przypały z garnkiem. Udaremniamy je więc skutecznie. Dosypujemy tylko trochę soli, lepiej nie w oko, a już na pewno nie w nasze.

Na drugej fajerce podsmażamy drobno pokrojoną cebulę i paprykę ze zmiażdżonym czosnkiem. 
Mieszamy z soczewicą, a potem:

a) zamykamy w słoiku i jemy, bo nie możemy już dłużej czekać
b) poświęcamy cenny czas i uszlachetniamy smak piekąc pasztet w foremce - przez jeszcze ok 30min. w temperaturze 200C


2. Słonecznikowa z kaparami, ale niezbyt kapryśna
  • ok. 1 szklanka namoczonych przez noc nasion słonecznika (nadmiar wody odsączamy)
  • 2-3 łyżeczki kaparów
  • świeżo mielona gruboziarnista sól morska
  • świeżo mielony pieprz
  • luv
Blendujemy na gładką masę lub zostawiamy część nasion w całości. Podczas blendowania dolewamy trochę wody, w innym wypadku posypią się wiórki lub trociny. Oliwa jest raczej zbędna, chyba że ktoś ma ochotę na super ciężki ciężar na chlebie.
A kapary? Kapary można dodać później. Całe dają potem bardziej wyrazisty, ale miejscowy smaczek. 

Ale tak naprawdę ta pasta jest genialna nawet bez dodatków w delikatnej wersji dla sofciarzy. 


3 i 7 (pożarte przez lwa). Hummusowe LOVE w wersji classic i curry

Uwielbienie dla wschodniej arabskiej pyszności ciągle nie ustaje. Kiedyś już o tym było, ale bedzie jeszcze o wersji classic. Najważniejsze są chęci, bo czasu trzeba trochę więcej niż na szybkie frytki na mieście.
  • upolowaną ciecierzycę moczymy przez dobrych kilka godzin, może być nawet cała noc
  • odsączamy z wody, zalewamy świeżą i gotujemy do miękkości; może to zająć od godziny do dwóch, w zależności od stopnia namoczenia ziaren
  • miękką blendujemy na gładką masę, dodając w odpowiednich proporcjach:
  • czosnek (1 ząbek na szklankę ugotowanej ciecierzycy)
  • kmin rzymski  (ok. łyżeczka na szklankę)
  • zmielony sezam, pastę tahini lub olej sezamowy (ok. łyżeczka na szklankę)
  • oliwę z oliwek (1-2 łyżki na szklankę)
  • sól - niezbyt wiele, hummus musi obezwładniać delikatnością

Ot co.


4. Słonecznikowa z suszonymi pomidorami
  • ok. 1 szklanka namoczonych przez noc nasion słonecznika (nadmiar wody odsączamy)
  • 1/3 słoika zmiksowanych suszonych pomidorów
  • świeżo mielona gruboziarnista sól morska
  • świeżo mielony pieprz
  • another piece of heart 
  • another piece of czosnek dla fanów

5. Oliwkowa z kaparami, może być też peściakiem aka pesto

To po prostu zblendowane nie na piankę, ale na drobne kawałeczki czarne oliwki i kapary. Z odrobiną oliwy i czosnkiem do smaku. As simple as easy.

6. Pomidorowa - która również redysponuje do tytułu peściaka debeściaka

Simple as easy vol. 2. Suszone pomidory zmiksowane z czosnkiem. Moja wielka miłość.



A teraz count yo blessings. Jeszcze raz. I jeszcze raz. 




piątek, 12 lipca 2013

do re mi FA so la - szparagowa z suszonymi pomidorami

Może być na pyrach - jak ktoś kocha. Równie dobra na kaszy gryczanej, którą z rozsądku od czasu do czasu zdarza mi się jadać. Może działać też niezależnie. Jest pyszna!

Żółta, zielona lub wymieszana - najpierw ugotowana na chrupko. Potem podsmażona ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku lub dwoma (średnio 1 na dwie garści fasolki) i pokrojonymi w paski suszonymi pomidorami (1/3 słoika na dwie garści, jeśli są w oleju). Et voila!



















Aż chciałoby się zatrzymać ją w sezonie na dłużej!


Przepis bierze udział w akcji:

(Warzywa strączkowe-edycja letnia 2013

środa, 26 czerwca 2013

truskawa zabawa

Teraz Polska. Dobre, bo polskie. Co z tą Polską?
Sama nie wiem. Ale kocham sezon na truskawki, czereśnie, arbuzy i porzeczki.
A polskie truskawki wymieszałam tu z tzw. złotem Inków - amarantusem preparowanym.




















To było dobrych kilka dni temu. I to było dobre!

I to też jest - kawał porządnej polskiej Muzyki.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

ziemniaki zamiast bomb

Miało być rodzimie, z pola i w sezonie, a tymczasem patrzę na to zdjęcie i znowu myślę o Chinach.
Może to siła autosugestii i widzę to, co chcę widzieć, a może to przez te wczorajsze ogórki...

W każdym razie chodzi o to, że każde zielone jest dobre. I cały najdzikszy i bardziej cywilizowany wschód o tym wie, doprowadzając do stanu spożycia prawdopodobnie każdą roślinę, jaka rośnie w zasięgu. Nie wiem co tam jadałam, ale dopóki smakowało, dochodzenie nie miało żadnego sensu. Zwłaszcza po przygodzie z dochodzeniem w jednym z nocnych street foodów - ale to inna historia.

Chodzi raczej o to, że życie jest proste. Wystarczą ziemniaki, młode, ale upieczone i posypane gruboziarnistą solą morską. Oprócz tego zielsko - młody szpinak krótko podsmażony na łyżce oliwy z dwoma ząbkami czosnku, na koniec posypany sezamem.



















I jeszcze jedno wspomnienie - tę akurat kapustę można na szczęście dość łatwo znaleźć w stołecznych orientalnych jadłodajniach (i nie, nie mam tu na myśli kuchni chińsko-polskiej).


SH, 2012


 

niedziela, 23 czerwca 2013

ogórki

Szczyt sezonu ogórkowego co prawda dopiero przed nami, ale warto się przygotować i obłowić w przepisy na wegańskie mizerie przed kulminacją - tak myślę. Dziś dwa wydania z tzw. zagranicy. Użyłam szklarniowych, chociaż gruntowe będą równie dobre.

Jeden prostszy niż barszcz, podpatrzony na Węgrzech, choć zapewne obecny też w niejednym domu polskim. 

Drugi, też od barszczu prostszy, ale aż zza Uralu - moje ukochane ogórki po chińsku.




















Te pierwsze - niedbale pokrojone na hebelku lub ręcznie w cienkie, nieregularne talarki wystarczy najpierw wymieszać z:
  • cukrem (brązowym lub białym), 
  • solą morską 
  • pieprzem. 
Ilość zależy przede wszystkim od ilości ogórków i od gustu, generalnie chodzi o to, by sól vs. cukier grały fair 1:1 - żeby słodko słony smak był intensywnie odczuwalny i wycisnął z plasterków (prawie) wszystkie soki. Marynujemy je potem przez godzinę lub dwie w lodówce - aż zmiękną zupełnie i dadzą się pożreć.





















Drugie kroimy wzdłuż, na spore kawałki, koniecznie ze skórą. Marynujemy je w sosie o składzie:
  • łyżeczka oliwy chilli (lub świeże posiekane chilli - ilość zależna od stopnia uwielbienia ognia w gębie)
  • sos sojowy - 2-3 łyżki
  • olej sezamowy - 1 łyżeczka
  • ząbek czosnku
  • szczypta cukru do smaku
  • sezam do posypania na finiszu
Im też wystarczy godzina lub dwie. Po prostu najlepiej smakują mocno schłodzone. Im akurat miękkość nie zanadto służy.

śniadaniówka

Time to go or time to come back?

Trochę mnie tu nie było. I jakoś zawsze było bez wynurzeń - dlaczego tak, a nie inaczej. Talerz, lista i smacznego. I właściwie mogłoby tak zostać.

Setki zjedzonych w międzyczasie śledzi nie pójdą w zapomnienie, bo smak ich był, doprawdy, boski. Kilogramy zielonego sera i innych wędzonych pyszności również. Lubię te smaki. Jednak to weganizm daje mi kopa i kopę energii, fantazję w kuchni i poza nią, lekkość w brzuchu i lekkość umysłu.
Głęboko wierzę też, że to najzdrowsza z możliwych diet.

Dlatego dziś po raz wtóry mówię: dzień dobry i smacznego!

A na śniadanie zjadam pesto pietruszkowo - słonecznikowe z deserem, który mógłby samym śniadaniem zostać. Smoothie truskawkowo-jabłkowo-ananasowe zaspokoilo drugą część wilczego po-biegowego głodu.

Na peściaka przypadł pęczek pietruszki, garść słonecznika uprażonego na małym chluście oliwy, trochę grubo mielonej soli morskiej + 3min blendowania, nie na pastę bynajmniej!


Smooth criminal to z kolei ok. pół kilograma truskawek (najlepiej zimnych w ciepły dzień), kawałek świeżego ananasa + jabłko. I smak na lato. Aż wyjdzie słońce, jeśli akurat go nie ma.





piątek, 19 kwietnia 2013

dla głodnych

Dla ciągle głodnych wiosny, słońca,  długich dni i ciepłych nocy, ciepłego wiatru i letniej burzy. Odkurzonych rowerów. Pachnącej ziemi. Przeciwsłonecznych okularów. Dajcie więcej.

Cześć trampki i bluzy. Żegnajcie rajtuzy. Do widzenia swetry, płaszcze i kożuchy. Nie będzie płaczu nawet jeśli miałybyście odejść bezpowrotnie (o czym oczywiście potajemnie marzę).

W powietrzu jest miłość, mimo siłowych prób z przesileniem. Jest moc. Keep on lovin' dat.

A w kuchni dużo jedzenia! Powoli, ale konsekwentnie nadchodzi zieloność - nie tylko w kolorze, ale i w przesłaniu.

Jest jaglanka z awokado i suszonymi pomidorami. I w ogóle nie zielona, deserowa, pomarańczowo - daktylowa.

Są kanapki z pesto Oli i z młodym szpinakiem.

I pyszna rukola z kiełkami i jabłkiem.

Wszystko na swoim miejscu. I po kolei, w rządku, w żołądku i w porządku.

Zaczynamy od jaglanki, sposób ugotowania był standardowy, ale dodatki w postaci pokrojonego w sporą kostkę awokado i kilku (również pokrojonych) suszonych pomidorów robią robotę. Smak jest kremowy, delikatny, jednak z wyraźną zadrą soli z pomidorów i świeżo mielonego pieprzu, którym należy zwieńczyć dzieło.




















Wersja deserowo popisowa była ze świeżymi pomarańczami, daktylami i odrobiną miodu. Również delikatna, ale rzecz jasna w innym wymiarze. Prze-słodka.




















Kanapkowe pesto O-love z rukoli i migdałów może być również pesto pastowym, makaronowym :)
Pół dużej paki rukoli miksujemy z odrobiną oliwy i prażonymi na patelni ok. 10 migdałami.
Prościej być nie może. Od niedawna rozważam nawet wprowadzenie zasady 1+1 na stałe. Dwa składniki to pewnik głębi smaku. W imię zasady: life is simple. Z solą i pieprzemmmm.





















Młody szpinak poszedł natomiast w parze z wędzonym tofu, na prześcieradle z musztardy francuskiej, z dodatkiem białej cebuli i pomidora. Taka tam kanapka.



















A na końcu rukolowa królowa! Z słodkim sosem balsamico, smażonymi z solą morską kiełkami i jabłkiem. Oraz słodkim głosem tego typa. 




















Ciągle jestem głodna!



poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Home, sweet home.




















I rosyjskie wpływy w ramach innowacji w zakresie znanej wszystkim sałatki jarzynowej. Wegańsko, bez majo, chociaż dla fanów mogłaby być nawet i w takiej wersji. Pytanie co na to wschodni sąsiedzi. Obruszyliby się zapewne także na brak kiszonej kapusty, o której zwyczajnie zapomniałam. Starość ściga mnie okresowymi zanikami pamięci.

W każdym razie i tak było pysznie - może nie obiektywnie, bo zapatrzona w szynki i boczki rodzina wielkanocnych tradycjonalistów może nie werbalnie, ale w czynach, wzgardziła debiutem na stole. Nie szkodzi. Kiedyś nastąpi jeszcze powtórka.

Pokroiłam w kosteczkę mniej więcej równe ilości ugotowanych, obranych i schłodzonych:
  • marchewek
  • pietruszek
  • selerów
  • buraków
  • ziemniaków
Do setu dołączyły ogórki kiszone - w dużej ilości, która reguluje nam smak.

Na początek można dodałam mniej więcej tyle samo co marchewki/pietruszki/selera... Po kliku godzinach w lodówce, po uprzednim starannym wymieszaniu, osoleniu i pieprzeniu, dolaniu oleju - okazało się jednak, że moje kubki wymagają większych kontrastów smakowych - dlatego dodałam jeszcze kilka ogórków.

Choć - jak mniemam - gdyby nie moja pamięć, gdyby kapusta kiszona była jednak obecna w tym zestawie - prawdopodobnie okazałoby się to zbędnym ruchem.

niedziela, 31 marca 2013

thai aiaiaiai!

Na pohybel mazurkom i wszystkim grzechom wielkanocnych wakacji od zdrowia, z bólem brzucha odkopuję wszystkie super zdrowe wegańszczyzny. Tajska zupa była swego czasu kolejnym azjatyckim sentymentem, który zaginął w otchłani mega i gigabajtów na dyskach E:\ F:\ G:\ A:\ H:\ C:\.
Ponieważ aura wyjątkowo sprzyja sentymentom i rozgrzewaniu w tym samym momencie, w tym jakże wiosennym dniu pozwalam sobie na flashback of the homecook.




















To me it's what I eat.

Garnkowi było dane:
  • dużym pękiem włoszczyzny, z czego korzenie pokrojone zostały w eleganckie równiutkie słupki - zadanie pracochłonne, ale ile serca można włożyć w tym czasie w marchewkowe, pietruszkowe i selerowe postaci!
  • wodą z kranu w objętości ok 2l.
  • cebulą x2
  • czosnku zębami x5 lub x6
  • porem x1 - w całości
  • IMBIREM - jak mogłam o nim zapomnieć...?! Pokrojony w słupki korzeń długości ok 10cm. zasilił ogniem całą imprezę
Takie połaczenie - z solą i chilli do smaku, równocześnie z rozmiękczeniem dało bulion, który po wyłowieniu pora i cebuli wzbogaciły:
  • trawa cytrynowa (w ilości 2 łyżki mrożonej rozdrobnionej)
  • grzyby Mun - solidna garść pokruszonych suchych, a po napęcznieniu w tymże bulionie, pokrojonych w paseczki podobne do tych marchewkowych
  • groszek zielony - mrożony, opcjonalnie z puszki
  • sos sojowy - indywidualnie dobrany, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość
...i gotowały się jeszcze dłuższą chwilę. Na samym końcu dołączył makaron ryżowy we wstążkach - prosto do zupy, bez żadnych wstępniaków.I pokrojony w nieregularne paski szczypior. Po co się szczypać w perfekcjonizm. Yummy Yummu Yo.


wtorek, 19 lutego 2013

buraczkowa

Z fasolą i tymiankiem. Dla zagorzałych fanów ziół, barszczowi tradycjonaliści nie znajdą tu niczego dla siebie. No chyba, że lubią takiego typu klasykę, wtedy jeszcze mamy jakąś szansę na chociaż częściowe zadowolenie. Jest też opcja, że miłość do buraka przyćmiewa wszystko i miłość jest ślepa i bez powonienia - tylko jaki wówczas sens marnowania tymianku? :)

Ten pyszny wynalazek przypomniał mi się na wygnaniu, z którego poniekąd pochodzi - cały wschód zajada się borszczem aż uszy się trzęsą, a wódka wlewa do szklanek nie bacząc na to czy miejsce bardziej czy mniej publiczne.

Są w nim wszystkie warzywa, bulion jest bogaty w korzenie (marchew, pietruszka, seler), cebulowate i czosnkowate, a także przyprawy. Powinno być gęsto, nie może oczywiście zabraknąć ziemniaka.

Fasolkę moczymy i gotujemy osobno wcześniej. Buraki również, w skórkach. Potem możemy je zetrzeć na tarce o grubych oczkach (moja ulubiona wersja) lub pokroić w kosteczkę, paseczki, szlaczki, nabić na wykałaczki.

Tymianku dodajemy pod sam koniec gotowania - możemy wcześniej podsmażyć go ultrakrótko na oliwie - jak często czynię z ziołami do zup.

I jak zwykle trudno podać mi proporcje :) Na około 1,5l wywaru zwykle wrzucam:
  • dużą włoszczyznę (ok 3-4 marchewki, 2-3 pietruszki, pół selera, białą i zieloną część pora)
  • 4-5 ząbków czosnku w całości
  • 1-2 cebule
  • 4-5 ziarenek ziela angielskiego
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
  • 2 listki laurowe
Do spełnienia w borszcz:
  • 4-5 małych buraków
  • ok. szklanka (suchej) fasoli - można potem część przerobić na inne pasztety lub kotlety
Smakówka!
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

pochrzaniony krem z ziemniaków


Dziś rzecz będzie o skromnym kremie. Białym jak przejściowe zimowe zamglone niebo nad morzem. Jak przenikliwa zimna wilgoć, która nie uznaje sprzeciwu. I spokój, który prędzej czy później nadchodzi, czasem obezwładniając brutalnie mimo swej łagodnej natury.
















Wystarczy tylko ugotować pyry. Dolać bulionu, zmiksować i doprawić: solą, pieprzem i chrzanem. Najlepiej bez dodatków, startym w słoiku. Jakiś czas temu kupiłam taki na bazarze... nie, nie od babci. Od jakiegoś karko-łomnego dżentelmena, powiedzmy, wnuczka.

...

piątek, 1 lutego 2013

zimowy kompot king

His name is King...

I jest imbirowo - herbaciano - malinowo - pomarańczowo - cytrynowo - miodowy.

Słodki, rozgrzewający (mimo chłodnych cytrusów), budujący. W zimę czy po roztopach.

Proporcje są jak zwykle dość luźne, doprawiamy wg własnych kubków smakowych, słuchamy siebie.

Tak czy owak, łączymy w garze:
  • urzednio zaparzoną herbatę czorną jak noc
  • spory kawał świeżego imbiru, obrany lub nie, ale pokrojony w dość cienkie plasterki
  • dużą, słodką i soczystą pomarańczę pokrojoną w cząstki (np. połówki ósemek) ze skórką
  • cytrynę pokrojoną w ósemki
  • sok malinowy
Chwilę gotujemy, aż smaki i aromaty uwolnią się do boskiego. Po uzyskaniu smaku prawie idealnego i wyłączeniu gazu/prądu/zgaszeniu ogniska spod kotła, dodajemy miodu - dla efektu leczniczego ciało i ducha. Słodycz słodyczą, a obowiązek leczenia naturą pozostaje obowiązkiem.





soczewicowa delight

Mieszanie słonego ze słodkim jest moim hobby. Jak zupa pomidorowa dla niektórych. Jak ciasto z kiełbasą dla tych samych lub innych. Jak słuchanie Jose Jamesa z zachwytem. Love, I already know.

Lub wyjadanie miękkich owoców z kompotu. Ale o kompocie gdzie indziej.

Past z soczewicy było wiele. Jeszcze więcej będzie, obiecuję. Dziś zjadłam taką, która wczoraj była nadzieniem ciasta francuskiego. Multizadaniowość lubimy ponad miarę, lubimy wracać do najlepszych smaków - i to szybko.

Więc soczewica (ok. 1 szklanki suchej) została wykąpana we wrzątku, przez minut kilkanaście, zanim zaczęła się rozpadać. Wrzątek był z dodatkiem soli i pieprzu. Tymczasem, w rondlu obok, prażyły i prężyły się na oliwie dwie cebule okrojone wcześniej w półtalarki i 3 średnie marchewki, starte na grubych okach tarki. Wtargnęło curry. I towarzystwo połączone z soczewicą dzieliło ogień jeszcze przez kilkanaście minut, dopóki nie zaczęło zmieniać się w pastową pastę. Po zdjęciu z ognia, dopomógł blender - niezbyt brutalny, złagodzony dodatkową dawką oliwy pozostawił kilka lentylków nienaruszonych. I pastę gotową do nałożenia na czarny chleb z orzechami i suszonymi owocami. Oj, zadziało się jeszcze z kiszoniakiem na dokładkę.