Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory zimowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory zimowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2013

zacusca

Tak w Rumunii robi się good slow vegan food. Nawet nie trzeba specjalnie zwalniać tempa, pieczenie bakłażana absolutnie to wymusza.

Zacusca [zakuskę] można przygotować na wiele sposobów, choć prawdopodobnie smak pozostaje niezmiennie dobry przy każdym z nich.

Można ją też traktować wielorako: jako pastę do chleba, jako dressing do kanapek, sos do makaronu czy nawet sałaty. Granice wyznacza the great grey matter, jak zawsze.

Zaczynamy od obrabowania straganu z warzywami. Kupujemy małe bakłażany, trochę cebuli, papryki i dojrzałych pomidorów. Wszystkego po 2. Klaszczemy na dwa.














Oberżynę, sztuk dwie, pieczemy w całości (ponakłuwaną widelcem) lub przekrojoną wzdłuż na pół i posmarowaną oliwą, aby się nie wysuszyła. Pieczemy do miękkości, cóż mam zrobć, że na zegarek patrzę raczej rzadko.

Paprykę i dwie cebule kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na oliwie. A razem z nią dwie średnie, starte na tarce o grubych oczkach, marchewki i dwa pomidory bez skórki (ewentualnie koncentrat pomidorowy).

Z upieczonych bakłażanów oddzielamy miąższ od skórki (najwygodniej łyżką). Delikatnie miksujemy go blenderem, dodając rozmiękczoną i posoloną zawartość patelni.

Mieszamy, a jeśli trzeba - doprawiamy. Raz dwa.

czwartek, 1 listopada 2012

śliwkowe JAM session z chilli

Środek sezonu na śliwki niespodziewanie przemknął mi koło nosa. A może po prostu było zbyt ciepło na myślenie o zimie. Może także byłam na to zbyt młoda jeszcze miesiąc temu?
Ale skoro śliwki jednak znalazły się jeszcze gdzieś na straganie, znaczy, że nie jest za późno.

Efekty pierwszych własnoręcznych przetworów na zimę wprawiły moje kubki smakowe w osłupienie. Nie tylko pod wpływem ilości chilli, jakie do nich dodałam, choć ten pikantny szczegół nie był bez znaczenia...

Kilogram bardzo dojrzałych węgierskich (?) śliwek na początku należy pozbawić twardego wnętrza - zostawiamy samą słodycz. Pestki - a komu to potrzebne?! Owoce kroimy na pół. Nie słodzimy dodatkowo, nie ma potrzeby. Tu swoją rolę spełnia doskonale niezły ancymon, czyli Pan CYNAMON. Słodzi aż śliwkowy lukier sam zaczyna się sączyć! Dlatego trochę go stopujemy, czyli doprawiamy chilli w proszku - dla równowagi. Przywołujemy przy tym na chwilę rozsądek, żeby efekt nie był zbyt piorunujący, a dżemix zjadliwy.

Śliwki w takim stanie i akompaniamencie smażymy dopóki lekko się nie rozpadną - ale skórka będzie jeszcze przywierała do połówek. Nie rozwalamy ich całkowicie, bezkształtność nie jest plusem w tych czasach, a już tym bardziej na yo talerzu. Czas przygotowania to ok 1h. Warto.

Gotowy przetwór pakujemy do małych słoiczków - z kilograma wyszły mi 4 malutkie, więc ilość śliwek można dostosować do indywidualnych oczekiwań. Po napełnieniu gotujemy słoiczki przez kilkanaście minut w garnku z wodą - wyjmujemy i stawiamy na głowie, tj. na wieczku, odwrotnie.

Pakujemy do szafek albo niecierpliwością niesieni zjadamy już następnego dnia na śniadanie :)

yo yo yo