czwartek, 20 września 2012

pyrki, pyreczki, pyrunie...!

Moja miłość do pyr nie jest żadną tajemnicą. Każdy, kto zamienił ze mną więcej niż dwa zdania wie, że bardziej romantyczna od bukietu kwiatów zawsze będzie dla mnie siata z kartoflami.

Sposobów są miliony - dziś na stole rozgrzewające jesienne pyry z curry, czosnkiem, ostrą papryką i rozmarynem.

Pyry gotujemy w stylu klasycznym - pyra z wody, staramy się ich nie rozgotować choć i takie pełne są uroku. Tymczasem - borem lasem - na palniku obok podgrzewamy oliwę ze słusznym ząbkiem czosnku (wyciśniętym, zmiażdżonym, whateva), curry, ostrą papryką (mieloną) i rozmarynem właśnie (użyłam suszonego, ale świeży byłby idealny). Nie palimy - po chwili wrzucamy na ten podkładzik ugotowane pyry.

Mieszamy, mieszamy, mieszamy - jemy! A z talerza obok podkradamy powoli mix różnych sałat z pomidorkiem i kiełkami - delikatnie polany oliwą. Mmmmmmmmmmm.

Let the beauty, that you love, be what you do...



















2 komentarze:

  1. ahhh pyry są najlepsze, dla mnie obiad bez ziemniorów (o ile nie jest makaronem) to nie obiad :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. życie bez ziemniaków po prostu traci sens :))

      Usuń